niedziela, 16 września 2012

urlop


Dawno się nie zjawiałam na blogu ale po kilku mailach z pogróżkami postanowiłam wreszcie coś napisać. Mam nową robotę i tak sobie ganiam od rana do wieczora i to dlatego.

Wakacje minęły szybko. Chodziłam do pracy, przyjmowałam tabuny gości, którzy siali spustoszenie i pozostawiali po sobie zgliszcza. Hehe żartuję oczywiście. Faktycznie sporo osób mnie odwiedziło i jakoś nie miałam czasu myśleć o Mamusi ani szukać z nią kontaktu.
Sądzę, że ona ma na mnie jakiegoś focha. Od kilku miesięcy nie pisze i nie dzwoni. Nie kocha mnie już…

A tak serio to dzwoniła kilka razy ale kiedy ja odbierałam telefon, prosiła o rozmowę z moim mężem. Nawet nie pytała co słychać. W lipcu poprosiła o zwrot zasłonek (tak, tych zasłonek). Nie zadzwoniła do mnie w tej sprawie tylko do mojego męża, do jego siostry, do księdza proboszcza może też ale taka informacja jeszcze do mnie nie dotarła. Zasłonki oczywiście oddałam z ulgą. Szczęśliwą posiadaczką zasłon jak do Wersalu  jest teraz Ciocia Warszawska. A niech jej tam będzie!
Tylko mój biedy mąż był bombardowany seriami superważnych, supertajnych spraw m.in:
- nieustanne włamania do Mamusiowego laptopa
- opowieści jak to się teraz stawia ogrodzenie
- co słychać u sąsiada
- jak idą postępy w budowie kanalizacji w Mamusiowej miejscowości
- co słychać u sąsiada z drugiej strony podwórka
- ogólne informacje meteorologiczne dla Polski południowej itp.
- Mamusia kazała też mojemu mężowi iść na studia podyplomowe. Nawet sama mu jakieś wybrała. Nie złamał się chłopak jednak.

Szczerze przyznam, że cały czas jestem zawiedziona, że niczego ode mnie nie chce. Jak się śmiertelnie obraziła to już nic mnie w życiu nie zaskoczy tak jak jej pomysły. Miałam nadzieję, że podczas urlopu się z nią spotkamy ale postanowiła udać się nad morze z Ciocią Warszawską. Z pewnych źródeł wiem, że na tę okoliczność obie zakupiły krótkie szorty.
Ale za to chatę zostawiła wolną….

Nasz urlop wypadał akurat wtedy, gdy Mamusia jechała nad morze. Dzwoniła do mojego męża wtedy chyba z milion razy. Informowała go gdzie jest i co robi. Po jednym z telefonów okazało się, że Ciocia Warszawska nie potrafi wsiąść do pociągu i Mamusia jadąc ze swojej miejscowości musiała wysiąść w Warszawie i zaprowadzić ją za rączkę do przedziału. To się jednak liczyło z kilkugodzinnym czekaniem na następny pociąg.
Po kilku dniach Mamusiowej eskapady na jednym z portali informacyjnych pojawił się artykuł zatytułowany: „Znaleziono truciznę nad morzem”. Mój mąż skomentował ten artykuł słowami: „oho, już wiedzą, że matka tam jest”.
Mamusia też informowała nas jak wygląda sytuacja pogodowa i dlaczego razem z Ciocią zabierają na plażę kołdrę i co z nią tam robią. Chciałam jej poradzić aby zamiast szortów włożyła spodnie to będzie jej cieplej ale jak zwykle się ugryzłam w język.
Wracając do naszego urlopu to zaplanowaliśmy sobie z mężem chodzenie na grzyby w czym towarzyszyć miał nam jego brat, którego przywiało z „zagramanicy”. Postanowiliśmy też troszkę porządzić skoro chata wolna…
Na luzaka zapaliliśmy sobie ognisko, przypadkowo wymyśliliśmy nową potrawę (to informacja dla wielbicieli serów pleśniowych), przelało się sporo piwa i przewinęło sporo znajomych. Na grzybach też oczywiście byliśmy tylko grzybów nie było. Co jakiś czas panowie tylko chrumkali w krzakach bo wiedzą, że się dzików boję. Podczas każdej naszej wyprawy Mamusia dzwoniła z informacją gdzie 10 lat wcześniej grzyby były i gdzie powinniśmy iść. Stosowaliśmy się do zaleceń ale i tak grzybobranie nie było udane.
Nic więc nadzwyczajnego na urlopie się nie działo. Mamusia tylko kilka razy wyraziła bezwzględny zakaz korzystania z toalety u niej w domu ponieważ „nasypała tam jakiegoś dziadostwa bo jej mają rurkę wymieniać i nie chciała żeby z rur capiało”. Pośmialiśmy się tylko, że Mamusia chce żeby jej z kanalizacji pachniało fiołkami i zakaz olaliśmy. No bo sory…
Tydzień w Mamusinym domu zleciał szybko. Na koniec zrobiliśmy wielkie sprzątanie. Tylko dziury po ognisku nie dało się zakamuflować. Na resztę urlopu wróciliśmy do Krakowa, gdzie czas leci jeszcze szybciej i tadaaam! Jutro do pracy.
Obawiam się, że jak Mamusia już się do mnie nie odezwie to stracę sens życia i bloga trzeba będzie zamknąć…
Chlip, chlip…