wtorek, 10 kwietnia 2012

śmierć korniszonom!

Jak co roku wybraliśmy się z moim mężem do miejscowości naszych mam aby tam spędzić Wielkanoc. Jest tam pewna lokalna tradycja i nigdzie indziej nie można ciekawiej przeżyć tych świąt.
Do mojej mamy przyjechaliśmy w piątek wieczorem. Przyjechał po nas do Krakowa brat mojego męża z siostrzenicą i razem turlaliśmy się powoli do domu. Z racji tego, że jechaliśmy autem, nabrałam wiosennych ubrań żeby się przez święta stroić. W praniu jednak wyszło, że ludzie od zapowiadania pogody to jasnowidze trzeciej kategorii i przez 3 dni albo przemakały mi buty, albo moje nogi pokrywały się szronem. Jakoś to jednak przeżyłam przy pomocy kilku głębszych ;)
W piątek wieczorem pojechaliśmy od razu do Mamusi aby jej oddać słoiki i plastikowe pojemniki po czymś czego nie zjedliśmy bo nie wiedzieliśmy co to było. Mamusia się ucieszyła i od razu pochwaliła się nam, że poparzyła sobie ręce. Chciała odetkać zlew i nasypała Kreta do rury posypując sobie przy okazji dokładnie prawie całe dłonie. Zamiast te chemikalia otrzepać z rąk, odkręciła wodę i chciała spłukać. Zmyła nie tylko Kreta ale też wszystkie włoski i naskórek. Nie ma jak domowy peeling chemiczny. Myślała, że ją pożałujemy ale ja z mężem zdziwiliśmy się, że niby taka mądra a nie myśli a brat męża powiedział, że mogła w sumie tego Kreta z rąk zlizać żeby udowodnić, że czasami głupota nie zna granic. Temat jednak został przez Mamusię szybko zakończony bo zrozumiała, że jak się nie myśli to nikt później nie współczuje. Posiedzieliśmy chyba z 10 minut u  niej w domu i udaliśmy się do mojej mamy zostawiając siostrzenicę męża na pastwę losu z Mamusią. Jak wychodziliśmy od Mamusi z domu, Młoda zrobiła oczy jak kot ze „Shreka”. Nie mieliśmy litości i tak ją zostawiliśmy.
Brat męża zostawił nas u mojej mamy i dalej ruszył w trasę a ja tarabaniłam walizkę po schodach. Mój cierpiący, jeszcze obolały po operacji mąż nie może nic nosić więc większe gabaryty teraz targam ja.  Dzięki temu tej nocy zasnęłam jak dziecko pierwszy raz od bardzo dawna. Ostatnio cierpiałam na bezsenność. Kładłam się koło północy i leżałam prawie do rana. Codziennie koło 4 wstawałam i zaczynałam gotować obiad, prać albo sprzątać. Czasami szłam  na zakupy jak sklepy jeszcze były pozamykane i czekałam razem z osiedlowymi żulami na otwarcie. Poznałam cały okoliczny margines społeczny.
W sobotę rano poszłyśmy z moją mamą na obchód po ogródku a później ja i mąż zostaliśmy wytypowani aby iść poświęcić Wielkanocny koszyczek wypchany po brzegi łakociami. Głodna byłam straszliwie bo zapomniałam zjeść śniadania. Kiedy wróciliśmy do domu okazało się, że zaraz przyjadą goście. Dawno ich nie widziałam to cieszyłam się na spotkanie.
Razem z przybyłymi gośćmi wybieraliśmy się do kościoła a później na defiladę. Tradycja wygląda tak, że codziennie przez święta Turki Wielkanocne razem z orkiestrą maszerują przez całą miejscowość i na rynku jest defilada. Jak ktoś ciekawy, niech poszpera w necie to na pewno coś więcej o tym znajdzie.
Wracając do tematu to tego dnia tak się do tego kościoła zbierałam, że dotarłam na rynek już o kościół nie zahaczając. Po defiladzie wróciliśmy do domu i razem z moimi gośćmi zasiedliśmy nad plackami i kawą. Wdepnął też brat męża i we dwóch zabawiali jedną moją starszą ciotkę i namawiali gości do wizyty także w niedzielę. Jakoś zleciał cały wieczór i ok 2 w nocy wybraliśmy się na Pobudkę (tradycja każe aby z soboty na niedzielę razem z orkiestrą przemaszerować z jednego końca wsi na drugi). Do domu wróciliśmy z mężem rano i mieliśmy się nie wybierać na Rezurekcję. Wpakowaliśmy się pod kołdrę i narzekając na obolałe nogi mieliśmy nadzieję szybko zasnąć. Po 5 minutach leżenia kiedy zaczynało mi się już robić ciepło, przyszedł sms od brata mojego męża, w którym informował nas, że właśnie grzeje sobie coś dobrego do jedzenia. Nocował u Mamusi i właśnie szturmował jej lodówkę. Mój mąż nie wytrzymał, zabrał mi kołdrę i kazał się ubierać. Miał zamiar wprosić się na śniadanie. Posłusznie się ubrałam i poszliśmy. Nie dość, że byłam głodna to jeszcze ciekawa co Mamusia takiego nagotowała. Kiedy dotarliśmy na miejsce Mamusia już nie spała i stroiła się do kościoła. Nie wiem co to był za styl ale miała na sobie bieliznę, bluzkę i rajstopy. Drugie rajstopy miała zaczepione o kapcia i targała je za sobą krzątając się po kuchni. Nie wiem jakim cudem się na nich nie zabiła. Po śniadaniu wszyscy wybieraliśmy się do kościoła. Mamusia założyła do zestawu spódnicę co mnie zdziwiło bo zawsze kreowała nowe trendy. Tak na serio to miałam nadzieję, że o tej spódnicy zapomni i cała wieś będzie miała temat do rozmów na najbliższe pół roku. Nie tym razem niestety.
Po dotarciu na miejsce wszyscy weszli do kościoła a ja z mężem po ujrzeniu biskupa słynącego z długich kazań na tematy polityczne, wycofywaliśmy się dyskretnie w kierunku drzwi. Jeszcze się msza nie zaczęła a my już byliśmy w drodze powrotnej do domu mojej mamy. Wreszcie po ludzku położyliśmy się spać. Koło godziny 12 obudził nas dziwny telefon od Mamusi, która próbowała wybadać gdzie aktualnie przebywa męża brat. Wsiąkł gdzieś cwaniak a ona nie mogła przeżyć, że nie wie gdzie aktualnie przebywa i z kim. Od nas się też nie dowiedziała.
W niedzielę znów zjawili się u nas goście i moja ciotka od progu pytała o męża brata. Zachwyciła się chłopakiem i kto wie, może jeszcze awansuje z mojego szwagra na jakiegoś szwagro-wujka ;)
Niedziela zleciała nam na klapaniu drzwiami od lodówki. Po południu znów zawlekliśmy się na defiladę. Ja przystawałam co chwila koło jakiejś dawno niewidzianej koleżanki a mój mąż jako zapalony fotograf amator gdzieś mi od razu zniknął. Wieczorem postanowiliśmy wdepnąć gdzieś w gości ale nikt nas nie chciał. Mieliśmy iść do Mamusi ale się baliśmy, że będzie chciała się z nami coś napić i po dwóch głębszych zaśnie w fotelu. Wtedy nie wiadomo czy śpi czy udaje i strach cokolwiek gadać. Brat męża też się na wieczór u Mamusi nie pisał. Nie chcąc cały wieczór uważać na słowa wsiąkliśmy u mojej mamy w domu. Goście już pojechali więc można było pogadać na spokojnie. Jakoś tak zleciało do północy.
W poniedziałek rano mąż stwierdził, że trzeba by się do Mamusi wybrać w gości. Zwyczajnie dla świętego spokoju. Mieliśmy też odebrać torbę, w której przywieźliśmy puste słoiki. Zanim jednak do niej poszliśmy moja mama kazała nam zapakować wałówkę. Dała nam chyba pół lodówki. Już nie wspomnę o kilku wytłaczankach z jajkami. Kiedy już wszystko było zapakowane, poleźliśmy z mężem niechętnie do Mamusi. A co się tam działo? Kolejne pakowanie żarcia. Mamusia już kończyła pakować torbę, którą jej zostawiliśmy. Nawkładała do niej tak dużo, że myślałam, że będzie po niej skakać żeby ją zapiąć. Nie skakała. Torby zapiąć też się nie dało. Jak usłyszałam, że Mamusia żąda żeby jej jeszcze przynieść reklamówki do spiżarni, wzięłam męża na bok i poprosiłam go żeby Mamusię powstrzymał. Mieliśmy jechać do Krakowa ze znajomymi i zakładaliśmy, że oni tez coś będą wieźli. Mąż szybko Mamusi wytłumaczył, że nie może nam aż tyle dać bo się zwyczajnie do auta nie zmieścimy. Przemyślała sobie szybko ten problem i nie chciała już reklamówek. Nawet się trochę rozpędziła i wyjęła z torby 2 słoiki ogórków kiszonych. Uwielbiam jej ogórki kiszone i nie wiem czemu to zrobiła. Cóż, taki mój los…
Prosto od Mamusi poszliśmy na ostatnią defiladę a tuż po niej siostra męża miała nas podrzucić do znajomych, z którymi mieliśmy wracać do domu.
Po defiladzie udaliśmy się do mojej mamy po nasze graty i ruszyliśmy w trasę. W Krakowie biliśmy grubo po 9 wieczorem i prawie od razu poszliśmy spać. Wcześniej z grubsza pochowaliśmy jedzenie do lodówki. Ja zerknęłam tylko szybko do torby z wałówką od Mamusi i upewniłam się, że zostały tam same słoiki.
Dziś rano od razu pognałam do kuchni aby napocząć Mamusiowe ogórki kiszone. Straszliwą miałam na nie ochotę. Byłam w stresie, że wszystkie z torby powyciągała. Ucieszyłam się jak zobaczyłam dwa słoiki i miałam zamiar sobie pojeść zanim wstanie mąż i będzie się chciał częstować. Moja radość nie trwała jednak długo bo jedne były popsute a drugie okazały się korniszonami. Niepocieszona napiłam się tylko kawy na śniadanie. 
Przy kawie zebrało mnie na przemyślenia. Doszłam do wniosku, że nie miałam szczęścia podczas tych świąt. Niby nie widziałam Mamusi zbyt często ale i jej ogórków kiszonych też nie widziałam. Niby mój mąż narobił przez 3 dni kilka tysięcy zdjęć a jestem tylko na czterech. Już nie wspomnę o tym, że cały czas chodziłam w jednych portkach bo na sukienki, które ze sobą zabrałam było za zimno. Mam nadzieję, że ten pech dziś już się skończył bo właśnie idę farbować włosy.

PS. Śmierć korniszonom!

1 komentarz: