czwartek, 1 marca 2012

Mamusia czuwa

Wczoraj wieczorem Mamusia zasnęła przed telewizorem. Nie chciałam jej budzić i znowu słuchać co ma do powiedzenia, więc po cichaczu wyłączyłam telewizor i zwiałam do siebie. Zgasiłam światło, wyłączyłam komputer i udawałam, że śpię. Zasnęłam dopiero koło północy a rano obudził mnie telefon od męża. Powiedział mi, że dostał wypis ze szpitala i już można po niego przyjechać. Najpierw popędziłam do sklepu po jakieś śniadanie dla Mamusi a później galopem na tramwaj i do szpitala. Zanim wyszłam z domu podpuściłam Mamusię, że przydało by się posprzątać zanim mąż wróci i zmienić pościel na czystą. Zabrałam rzeczy, których Mamusia wczoraj nie pozwoliła zostawić w szpitalu i jak rasowa Rumunka (z jej dużą torbą bo nasze są do niczego) pojechałam po mojego zdechlaka.
W szpitalu mąż już był prawie gotowy do wyjścia i razem poczłapaliśmy na taksówkę. Nie było łatwo się spod szpitala wydostać bo ulica była zamknięta. Kręcili jeden z „genialnych” polskich seriali detektywistycznych.
Kiedy byliśmy już pod drzwiami naszego mieszkania, ze środka wyłoniła się Mamusia i od razu mnie pogoniła żebym szybko zmieniała pościel dla męża. Wściekłam się okropnie bo przez godzinę jak mnie nie było mogła się odkleić od telewizora i ruszyć rękami w słusznej sprawie. Nie miałam wyjścia i zaczęłam latać po mieszkaniu jak głupia. W jedną stronę z pościelą, w drugą z odkurzaczem, w trzecią z pozostawianymi wszędzie przez Mamusię brudnymi szklankami, w czwartą z jarzynami na zupę, w piątą z praniem…
Nie wiem w ile stron można jeszcze biegać ale chyba dziś wykorzystałam wszystkie. Mamusia przez ten czas usiadła przy synku i czytała sobie gazetę. Od czasu do czasu zerkała na niego jak na świętą relikwię.
Podczas obiadu postanowiła nawet trzymać mu talerz a ja się tylko zastanawiałam kiedy go zacznie karmić. Mąż się wkurzył i ją ostro przegonił. Strzeliła fochem i poszła zająć się swoim talerzem.
Jak nalewałam zupę, spadła mi leżąca na blacie łyżka i od razu się dowiedziałam, że przy chorym nie można hałasować. Stare porzekadło mówi, że nie można też wkurzać tego co podaje jedzenie. A dziś operatorem chochelki byłam ja. Nie nalałam jej dużo. Głodem ją wezmę...
Po obiedzie Mamusia powróciła do czytania gazety a ja zwiałam do drugiego pokoju pozostawiając męża na pastwę losu. Miałam chwilę czasu na poukładanie rzeczy w szafie i ukojenie skołatanych nerwów. Tak mi zleciała cała godzina.
Kiedy wyszłam z pokoju, zobaczyłam, że mąż jest już taki zły, że zaraz mu szwy na brzuchu strzelą. Nie wiedziałam co zrobić z Mamusią i jak mu pomóc więc wymyśliłam, że koniecznie potrzebny jest nam syrop do rozcieńczania z wodą. Mamusia w końcu sama zalecała picie tylko wody z sokiem. Mąż stwierdził, że powinna iść do sklepu. Powiedział jej także, że on chce taki syrop z supermarketu a nie ze sklepu osiedlowego. Najbliższy tak duży sklep jest od nas oddalony o dwa przystanki tramwajowe. Mamusia poszła (bo przecież choremu się nie odmawia – co osobiście podkreśliłam ze trzy razy) i nie było jej prawie 2 godziny. Wreszcie mogłam spokojnie z własnym mężem porozmawiać i dowiedzieć się co go boli i co by dobrego zjadł. Miałam też okazję, żeby się trochę wyżalić. Przypomniało mi się też, że jeszcze nie jadłam śniadania a była już godzina 18.
Czas wolności jednak szybko minął i Mamusia powróciła z wojaży. Naznosiła do domu łakoci i zadowolona z siebie usiadła znów koło synka, tylko tym razem na krześle. Myśleliśmy, że może się wreszcie zmęczyła i pójdzie wcześniej spać. Oczywiście nie poszła, tylko zaczęła nam tłumaczyć skomplikowany zabieg medyczny jaki widziała w „Na dobre i na złe”. Kiedy opowieść dobiegała końca, Mamusia zaczęła energicznie wymachiwać rękami ponad głową. Oboje z mężem zbaranieliśmy na chwilkę ale nauczeni doświadczeniem nawet nie zapytaliśmy co Mamusia wyczynia. Mąż tylko nie mógł się powstrzymać i zapytał: „może ci włączę muzykę do tych wygibasów?”. Mamusia nie chciała ale za to bardzo chętnie nam wytłumaczyła, że ona w taki sposób spaceruje po lesie. A na nasze pytanie czemu sobie kijków do Nordic Walkingu nie przywiozła (bo już ma), odpowiedziała, że wcale to jej nie jest potrzebne. Mąż się tylko do mnie odwrócił i powiedział, że znajomy mu się żalił, że na polowaniach mu kiepsko idzie bo nie ma do czego strzelać. I stało się jasne czemu nie ma do czego strzelać i dlaczego wszystko to, do czego na polowaniu się strzela, zwiało gdzieś z lasu.
Ja osobiście muszę się przyznać, że poziom irytacji jaki osiągnęłam aż mnie dziś zadziwił. Nie wiedziałam, że ktoś może mi aż tak bardzo podziałać na nerwy. Nie poddam się jednak i będę walczyć. Może być nawet na miecze albo i lasery.

2 komentarze: