środa, 29 lutego 2012

Mamusia podnosi ciśnienie

Dziś musieliśmy wszyscy wstać o 5 rano bo o 6:30 trzeba było się stawić w szpitalu. Nie wyspałam się oczywiście bo na złość Mamusi nie zjadłam kolacji i straszliwie byłam w nocy głodna. Mój mąż od rana kombinował co tu zrobić, żeby Mamusia z nami do szpitala nie jechała ale niestety na każdy jego argument reagowała podnoszeniem głosu albo fochem. Nie dało się jej namówić żeby siedziała w domu. Do szpitala dotarliśmy na umówioną godzinę i Mamusia zaczęła nam tłumaczyć jak dokładnie szpital działa i jak wygląda postępowanie w takich przypadkach jakim jest mój mąż. Jeszcze nie było 7 rano a mi się już flaki zaczęły przekręcać i bałam się, że za chwilę sama będę potrzebowała operacji. Czekaliśmy chwilę na oddziale i mąż został przyjęty. Wpadł też na pomysł żebyśmy pojechały do domu bo do zabiegu miał jeszcze trochę czasu i nie chciał się stresować naszą obecnością. Mamusia jeszcze na koniec tylko przekazała mu dziesięć przykazań i ruszyłyśmy z powrotem zabierając ze sobą ubranie męża, bo Mamusia była pewna, że ktoś ukradnie.
Tarabaniłam do domu kurtkę i buty klnąc pod nosem, że przecież w szpitalu można było zostawić. Do Mamusi nie docierało. W tramwaju usiadłyśmy koło siebie i zaczęłyśmy pogawędkę. Nie wiem nawet kiedy temat rozmowy zszedł na jedną dziewczynę z Mamusinej miejscowości. Nie wiem jak można tak najeżdżać na człowieka, którego się ledwo zna. Kilka razy starałam się uciąć temat ale zwyczajnie musiała powiedzieć to co miała do powiedzenia. Mi pozostał tylko niesmak. Pod koniec rozmowy postanowiłam się wyłączyć albo ustąpić komuś miejsca i zniknąć w zatłoczonym tramwaju. I teraz ja się pytam: gdzie do jasnej cholery są wszyscy emeryci jak ich potrzebuję? W tramwaju nie było ani jednego, nie było komu ustąpić. Kombinowałam jak koń pod górkę gdy nagle z Mamusiowego monologu wychwyciłam urywek zdania „…ja to mam arystokratyczne pochodzenie…”. Zgłupiałam dosłownie. Nie zapytałam o co chodzi i czy Mamusia żartuje, czy faktycznie z niej taka hrabianka bo bałam się, że wyjdzie, że nie słuchałam. Postanowiłam o temat arystokratycznego pochodzenia zapytać kiedy indziej. 
Kiedy dotarłyśmy do domu, zrobiłam herbatę i postanowiłam chociaż na chwilę się położyć. Mamusia niestety zaraz za mną przyszła do pokoju i postanowiła mi opowiedzieć jak to było, kiedy ona sama była w szpitalu na operacji. Mówiła, że tak ją znieczulili, że słyszała kiedy jeden lekarz do drugiego powiedział „nożyk poproszę a potem haki”. Słysząc jakiego nazewnictwa użył lekarz miałam zapytać Mamusię czy jest pewna, że ta operacja była w szpitalu czy może w jakiejś masarni. W ostatniej chwili postanowiłam porzucić temat.
Chwilę później dostałam smsa od męża z prośbą, żeby Mamusi nie przywozić bo mu podnosi ciśnienie i jak wróci z bloku operacyjnego to da znać i wtedy będziemy mogły się pojawić. Mamusia się zgodziła na taki układ i udała się do drugiego pokoju w celu bliżej nieokreślonym. Wreszcie miałam ciszę i spokój. Jak już zaczęłam robić się poważnie senna, zadzwonił telefon. Okazało się, że kurier ma dla mnie dwie paczki i chce się umówić na godzinę 12. Akurat to mi pasowało bo po odebraniu paczek pojechałabym z powrotem do szpitala. Czekając na kuriera zasnęłam przed telewizorem. Nagle obudził mnie głos Mamusi. „To ja jadę” powiedziała i zaczęła się ubierać. Nie wiedziałam co mam robić bo miałyśmy jechać razem a jeszcze kuriera nie było. Kazała mi zostać w domu a sama się szybko ulotniła. Poczułam się zwyczajnie zrobiona w balona. Autentycznie mi zwiała i popędziła opiekować się synkiem. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej byłam zła. Na szczęście kurier pojawił się o 13 i szlag mnie nie zdążył trafić. Porzuciłam paczki w pokoju i pognałam się ubierać. Nagle zadzwoniła Mamusia i płaczliwym głosem zaczęła mi coś wyjaśniać. Nogi się pode mną ugięły bo już myślałam, że coś poszło nie tak podczas operacji. Na szczęście się myliłam. Okazuje się, że kiedy Mamusia szepcze to wydaje z siebie dźwięki jak stado marcujących się kotów. Przez telefon chciała mi tylko powiedzieć, że wszystko ok i mąż już wrócił z bloku operacyjnego. Ja w tym czasie szybko udałam się na tramwaj i podśpiewując sobie pod nosem „panie szofer gazu, panie szofer gazu” dotarłam do szpitala. Weszłam na salę, w której leżał mąż i co zobaczyłam? Mamusia nachylona nad nim z miną rasowej matki polki a mój z miną srającego kota na pustyni. Nie było szans usiąść koło własnego męża bo Mamusia przecież jest ważniejsza. Na szczęście mężowi kończyła się właśnie kroplówka i wygoniłam Mamusię aby poinformowała o tym fakcie pielęgniarki. Jak tylko wyszła to usiadłam na jej miejscu i broniłam go jak niepodległości. Pielęgniarka weszła na salę, spojrzała na mojego męża i wypaliła „a z czego pan się znów tak śmieje?”. Nie wiem co się tam działo na tym bloku operacyjnym i chyba nie chcę wiedzieć. Poznałam też przy okazji „kolegów” z męża sali. Jeden był pod 80-tkę i jakoś dziwnie się nie ruszał a drugi (młody) chrapał jakby stado hebli jeździło po pumeksie. Nie tylko ja się dziś nie wyśpię.
Kiedy Mamusia poszła pooglądać odział chirurgii ogólnej, mąż powiedział mi, że jak jej natychmiast nie zabiorę to udusi ją rurką od kroplówki albo kopnie ją w zad (jak tylko powróci mu czucie w nogach). Podłapałam temat i zaczęłam wciskać mu różne głupoty mając nadzieję, że w kroplówce ma coś po czym zobaczy smoka na korytarzu. Oczywiście powiedziałam mu też, że jak mu się nie podoba to co do niego mówię to śmiało mnie może kopnąć. Śmiało!
Chwilę później postanowiłyśmy z Mamusią iść do sklepu i jej synka zaopatrzyć co by się chłopakowi w nocy nie nudziło i miał coś do jedzenia. Chciałam mu kupić sok i jakieś biszkopty ale się od Mamusi dowiedziałam, że to wszystko ciężkostrawne. Chciała mu kupić parówki ale zaczęłam się stawiać i porzuciła ten głupi pomysł. 
Wróciłyśmy do szpitala a mąż właśnie majtał sobie pod kołdrą lewą nogą. Pomyślałam sobie, że chyba trzeba sobie iść bo już był w stanie zemścić się za moje żarty. Jak usłyszał, że idziemy to chyba nawet się ucieszył. Pożegnaliśmy się i razem z Mamusią poszłyśmy na tramwaj. Na szczęście przyjechał zatłoczony i szybko udało mi się ją zgubić.
Po powrocie do domu rozpakowałam paczki, na które tak długo czekałam a Mamusia zaczęła odgrzewać bigos. Mieszaniu w garnku towarzyszył oczywiście monolog.  Usłyszałam przy okazji: „ty masz takie coś, taką przypadłość, takie skłonności do tycia ale to nie jest choroba, nie martw się”. Nie zmartwiłam się tylko poszłam do łazienki i wygrzebałam z szafki kryzysowego papierosa, którego ukryłam na czarną godzinę. Zaraz idę wynieść śmieci…

1 komentarz:

  1. Ja to myślę że powinno być jakieś odludne sanatorium, dla wszystkim Mamuś świata. mężowi zdrowia życzę, a Tobie cierpliwości:)

    OdpowiedzUsuń