czwartek, 27 grudnia 2012

rozwarstwienie aorty


Jak co roku na święta wybraliśmy się z mężem do miejscowości naszych mam. Z przerażeniem stwierdziliśmy, że tym razem na wigilię by wypadało iść do Mamusi. W tamtym roku byliśmy u mojej mamy. Tydzień kombinowaliśmy jak się z tego wykręcić bo Mamusia i Ciocia Warszawska to już zbyt wiele na nasze nerwy. Mieliśmy doświadczenia z zeszłego roku przecież. Tuż przed świętami jednak okazało się, że Mamusia wybiera się na święta do Warszawy i wróci po nowym roku. Oszaleliśmy z radości.

Na wieś dotarliśmy w sobotę koło południa razem z męża siostrą i siostrzenicą. Wypadało nam się jeszcze z Mamusią zobaczyć zanim wyruszy na wojaże. Do Warszawy miała ją zawieźć męża siostra, która tam miała zostawić auto i ruszyć razem z Młodą samolotem w dalszą drogę. Oczywiście od Mamusi od razu się dowiedziały, że auto na pewno ktoś ukradnie bo ona czytała w internecie…
W drodze do Mamusinej miejscowości Młoda opowiadała mi jak kiedyś pożaliła się Mamusi, że boli ją palec. Mamusia zdiagnozowała rozwarstwienie aorty.

Kiedy  pojawiliśmy się u Mamusi, od razu się zaczęło szaleństwo. Męża siostra praktycznie jeszcze w drzwiach dostała spódnicę, którą Mamusia dla niej przerobiła a mój maż się dowiedział, że jego nowe okulary są brzydkie. Ja i Młoda cicho usiadłyśmy w kącie modląc się żeby nas Mamusia nie zauważyła. Nie udało się. Moje nowe okulary też zostały skomentowane. Okazało się, że jej się podobają (tak, szok) i mój mąż powinien sobie sprawić takie same. Nic dziwnego bo wynalazłam moje oprawki w dziale męskim. Po chwili zaczęłam się zastanawiać, że skoro Mamusi się podobają to muszę w nich wyglądać jak Harry Potter albo jeszcze nie daj Boże coś gorszego. Podzieliłam się tymi obawami z mężem, który zaczął się oczywiście ze mnie śmiać. Szybko przestał jak Mamusia podarowała mu dwie pary nowiuśkich, funkiel nówka, nieśmiganych, damskich leginsów.  Kazała mu je nosić w chłodne dni. Tym razem ja się śmiałam. Mąż mamrocząc pod nosem, że prędzej piekło zamarznie jak on to założy, wpakował je do mojej torebki. Ja tam leginsami nie pogardzę.

Jak już Mamusia skończyła krytykować nasz wygląd i wręczać podarki, zaczęły się opowieści o tym co się ostatnio u niej działo. A działo się sporo. Pewnego dnia sąsiad pomagał jej obcinać gałęzie z drzew i jedna z grubszych uderzyła ją w stopę. Strasznie bolał ją później palec. „Rozwarstwienie aorty!!” wrzasnęła podczas opowieści  Młoda jakby się właśnie ocknęła ze śpiączki. Okazało się, że jednak złamanie. Zanim Mamusia się z tym wybrała do lekarza to się okazało, że faktycznie złamanie ale już nie nadające się w gips bo zrośnięte. Jak ona funkcjonowała ze złamanym palcem to ja nie wiem. 

Później ja chcąc być dobrą synową zapytałam czy podczas jej świątecznej nieobecności mamy przyjść do jej domu i sprawdzić czy wszystko ok. No i wywołałam wilka z lasu. Okazało się, że skoro już pytam to by się przydało zerkać do pieca gazowego codziennie i codziennie też rozpalać w kaflowej kuchni żeby piec gazowy za bardzo nie szalał. Mojemu mężowi ręce opadły do samej ziemi bo to była fucha dla niego. Był na mnie zły całe święta. Muszę mniej kłapać gębą następnym razem.

Jak byliśmy u Mamusi to jeszcze zaintrygowała mnie jej fryzura. Obcięła włosy na krótko, pozostawiając z jednej strony lok sięgający prawie do brody. Nie mogłam pojąć co autor fryzury miał na myśli i czy czasami nie powinien zmienić dilera. Albo to ja jestem ograniczona umysłowo i nie znam się na dzisiejszych trendach, albo Mamusia za wcześnie zlazła z fotela fryzjerskiego. Po namyśle stwierdziłam, że jest jeszcze trzecia opcja – Mamusia podpadła fryzjerowi i zrobił to z zemsty.

Czas spędzony u Mamusi szybko minął i musiała już ruszać w drogę. Życzyła sobie być w Warszawie przed 15 bo przecież tam wszystkie sklepy zamykają o 15, ludzie wtedy wracają z zakupami do domów i jest duży ruch na drogach. Nie skomentowaliśmy tego bo ona przecież czytała w internecie…
Mamusia szybko zaczęła się ubierać w koszulkę, drugą koszulkę, sweter, kożuch, wielgachny szal i kapelusz bo czas gonił. Przeszła 20 metrów do auta i tam się prawie z tego wszystkiego rozebrała. Żeby jeszcze był mróz a było sporo na plusie.

Pożegnaliśmy Mamusię i życzyliśmy jej wesołych świąt. Razem z mężem patrzyliśmy jak odjeżdża i jak Młoda żałośnie na nas patrzy. W końcu czekało ją kilka godzin z Mamusią w samochodzie. Obiecała powstrzymać myśli samobójcze i zdać relację jak było.


niedziela, 16 września 2012

urlop


Dawno się nie zjawiałam na blogu ale po kilku mailach z pogróżkami postanowiłam wreszcie coś napisać. Mam nową robotę i tak sobie ganiam od rana do wieczora i to dlatego.

Wakacje minęły szybko. Chodziłam do pracy, przyjmowałam tabuny gości, którzy siali spustoszenie i pozostawiali po sobie zgliszcza. Hehe żartuję oczywiście. Faktycznie sporo osób mnie odwiedziło i jakoś nie miałam czasu myśleć o Mamusi ani szukać z nią kontaktu.
Sądzę, że ona ma na mnie jakiegoś focha. Od kilku miesięcy nie pisze i nie dzwoni. Nie kocha mnie już…

A tak serio to dzwoniła kilka razy ale kiedy ja odbierałam telefon, prosiła o rozmowę z moim mężem. Nawet nie pytała co słychać. W lipcu poprosiła o zwrot zasłonek (tak, tych zasłonek). Nie zadzwoniła do mnie w tej sprawie tylko do mojego męża, do jego siostry, do księdza proboszcza może też ale taka informacja jeszcze do mnie nie dotarła. Zasłonki oczywiście oddałam z ulgą. Szczęśliwą posiadaczką zasłon jak do Wersalu  jest teraz Ciocia Warszawska. A niech jej tam będzie!
Tylko mój biedy mąż był bombardowany seriami superważnych, supertajnych spraw m.in:
- nieustanne włamania do Mamusiowego laptopa
- opowieści jak to się teraz stawia ogrodzenie
- co słychać u sąsiada
- jak idą postępy w budowie kanalizacji w Mamusiowej miejscowości
- co słychać u sąsiada z drugiej strony podwórka
- ogólne informacje meteorologiczne dla Polski południowej itp.
- Mamusia kazała też mojemu mężowi iść na studia podyplomowe. Nawet sama mu jakieś wybrała. Nie złamał się chłopak jednak.

Szczerze przyznam, że cały czas jestem zawiedziona, że niczego ode mnie nie chce. Jak się śmiertelnie obraziła to już nic mnie w życiu nie zaskoczy tak jak jej pomysły. Miałam nadzieję, że podczas urlopu się z nią spotkamy ale postanowiła udać się nad morze z Ciocią Warszawską. Z pewnych źródeł wiem, że na tę okoliczność obie zakupiły krótkie szorty.
Ale za to chatę zostawiła wolną….

Nasz urlop wypadał akurat wtedy, gdy Mamusia jechała nad morze. Dzwoniła do mojego męża wtedy chyba z milion razy. Informowała go gdzie jest i co robi. Po jednym z telefonów okazało się, że Ciocia Warszawska nie potrafi wsiąść do pociągu i Mamusia jadąc ze swojej miejscowości musiała wysiąść w Warszawie i zaprowadzić ją za rączkę do przedziału. To się jednak liczyło z kilkugodzinnym czekaniem na następny pociąg.
Po kilku dniach Mamusiowej eskapady na jednym z portali informacyjnych pojawił się artykuł zatytułowany: „Znaleziono truciznę nad morzem”. Mój mąż skomentował ten artykuł słowami: „oho, już wiedzą, że matka tam jest”.
Mamusia też informowała nas jak wygląda sytuacja pogodowa i dlaczego razem z Ciocią zabierają na plażę kołdrę i co z nią tam robią. Chciałam jej poradzić aby zamiast szortów włożyła spodnie to będzie jej cieplej ale jak zwykle się ugryzłam w język.
Wracając do naszego urlopu to zaplanowaliśmy sobie z mężem chodzenie na grzyby w czym towarzyszyć miał nam jego brat, którego przywiało z „zagramanicy”. Postanowiliśmy też troszkę porządzić skoro chata wolna…
Na luzaka zapaliliśmy sobie ognisko, przypadkowo wymyśliliśmy nową potrawę (to informacja dla wielbicieli serów pleśniowych), przelało się sporo piwa i przewinęło sporo znajomych. Na grzybach też oczywiście byliśmy tylko grzybów nie było. Co jakiś czas panowie tylko chrumkali w krzakach bo wiedzą, że się dzików boję. Podczas każdej naszej wyprawy Mamusia dzwoniła z informacją gdzie 10 lat wcześniej grzyby były i gdzie powinniśmy iść. Stosowaliśmy się do zaleceń ale i tak grzybobranie nie było udane.
Nic więc nadzwyczajnego na urlopie się nie działo. Mamusia tylko kilka razy wyraziła bezwzględny zakaz korzystania z toalety u niej w domu ponieważ „nasypała tam jakiegoś dziadostwa bo jej mają rurkę wymieniać i nie chciała żeby z rur capiało”. Pośmialiśmy się tylko, że Mamusia chce żeby jej z kanalizacji pachniało fiołkami i zakaz olaliśmy. No bo sory…
Tydzień w Mamusinym domu zleciał szybko. Na koniec zrobiliśmy wielkie sprzątanie. Tylko dziury po ognisku nie dało się zakamuflować. Na resztę urlopu wróciliśmy do Krakowa, gdzie czas leci jeszcze szybciej i tadaaam! Jutro do pracy.
Obawiam się, że jak Mamusia już się do mnie nie odezwie to stracę sens życia i bloga trzeba będzie zamknąć…
Chlip, chlip…



środa, 16 maja 2012

Mamusię dręczą pomysły


Mamusia się u nas ostatnio nie zjawia ale ciągle bombarduje nas telefonami aby przedstawiać swoje najnowsze pomysły, które czasami przechodzą wszelkie ludzkie pojęcie. Jesteśmy więc na bieżąco cały czas. Oto ostatnie rewelacje, o których po prostu nie mogła nas nie powiadomić.

1)      Jakiś czas temu zadzwoniła do nas i wyraziła chęć uczestniczenia w Euro 2012. Pytała czy da się coś z tym zrobić. Mąż przedstawił jej dwie poniższe opcje:
- przystać do bandy kiboli i iść lać gości z zagranicy
- nauczyć się na pamięć hymnu Euro i iść na przesłuchanie do zespołu Jarzębiny
Ciocia Warszawska podobno już dzierga szalik klubowy na drutach.
2)      Dowiedzieliśmy się zupełnie przypadkiem, że Mamusia namiętnie korzysta z serwisu Jasnowidz Online.
3)      Mamusia wyraziła chęć wyjazdu za granicę w celach zarobkowych jako… UWAGA!... opiekunka do dzieci! Pozwólcie, że tego nie skomentuję.
4)      Kilka dni później stwierdziła, że to ja powinnam jechać za granicę.
5)      Na urodziny nie zadzwoniła do nas (mamy z mężem urodziny dzień po dniu) tylko przysłała po mailu. Multimedialna Mamusia.
6)      Któregoś dnia przerażona zadzwoniła, że ktoś jej się włamał na komputer bo strona jej się sama przewinęła. Mąż jej próbował pojaśnić, że raczej jej się nikt nie włamał ale nie dotarło.
7)      Następny telefon dotyczył zarabiania milionów przez internet. Znalazła świetną ofertę. Nie doczytała tylko, że najpierw to ona musi zapłacić aby dostać informację jak te miliony zarabiać.
8)      Prosiła mojego męża aby puścił jej 3 kupony Totolotka, podała konkretne daty kiedy ma to zrobić. Nie wiem, czy jej się coś przyśniło, czy ma to związek z serwisem Jasnowidz Online.
9)      Siostrzenicy męża kazała sikać na czoło bo to pomaga na pryszcze. Młoda leje codziennie… tylko, że ze śmiechu.
10)   Postanowiła sama wytwarzać ekologiczne kosmetyki. Mam nadzieje, że nie będzie tego robić (patrz punkt wyżej).

I to wszystko w ciągu 1,5 miesiąca…


wtorek, 10 kwietnia 2012

śmierć korniszonom!

Jak co roku wybraliśmy się z moim mężem do miejscowości naszych mam aby tam spędzić Wielkanoc. Jest tam pewna lokalna tradycja i nigdzie indziej nie można ciekawiej przeżyć tych świąt.
Do mojej mamy przyjechaliśmy w piątek wieczorem. Przyjechał po nas do Krakowa brat mojego męża z siostrzenicą i razem turlaliśmy się powoli do domu. Z racji tego, że jechaliśmy autem, nabrałam wiosennych ubrań żeby się przez święta stroić. W praniu jednak wyszło, że ludzie od zapowiadania pogody to jasnowidze trzeciej kategorii i przez 3 dni albo przemakały mi buty, albo moje nogi pokrywały się szronem. Jakoś to jednak przeżyłam przy pomocy kilku głębszych ;)
W piątek wieczorem pojechaliśmy od razu do Mamusi aby jej oddać słoiki i plastikowe pojemniki po czymś czego nie zjedliśmy bo nie wiedzieliśmy co to było. Mamusia się ucieszyła i od razu pochwaliła się nam, że poparzyła sobie ręce. Chciała odetkać zlew i nasypała Kreta do rury posypując sobie przy okazji dokładnie prawie całe dłonie. Zamiast te chemikalia otrzepać z rąk, odkręciła wodę i chciała spłukać. Zmyła nie tylko Kreta ale też wszystkie włoski i naskórek. Nie ma jak domowy peeling chemiczny. Myślała, że ją pożałujemy ale ja z mężem zdziwiliśmy się, że niby taka mądra a nie myśli a brat męża powiedział, że mogła w sumie tego Kreta z rąk zlizać żeby udowodnić, że czasami głupota nie zna granic. Temat jednak został przez Mamusię szybko zakończony bo zrozumiała, że jak się nie myśli to nikt później nie współczuje. Posiedzieliśmy chyba z 10 minut u  niej w domu i udaliśmy się do mojej mamy zostawiając siostrzenicę męża na pastwę losu z Mamusią. Jak wychodziliśmy od Mamusi z domu, Młoda zrobiła oczy jak kot ze „Shreka”. Nie mieliśmy litości i tak ją zostawiliśmy.
Brat męża zostawił nas u mojej mamy i dalej ruszył w trasę a ja tarabaniłam walizkę po schodach. Mój cierpiący, jeszcze obolały po operacji mąż nie może nic nosić więc większe gabaryty teraz targam ja.  Dzięki temu tej nocy zasnęłam jak dziecko pierwszy raz od bardzo dawna. Ostatnio cierpiałam na bezsenność. Kładłam się koło północy i leżałam prawie do rana. Codziennie koło 4 wstawałam i zaczynałam gotować obiad, prać albo sprzątać. Czasami szłam  na zakupy jak sklepy jeszcze były pozamykane i czekałam razem z osiedlowymi żulami na otwarcie. Poznałam cały okoliczny margines społeczny.
W sobotę rano poszłyśmy z moją mamą na obchód po ogródku a później ja i mąż zostaliśmy wytypowani aby iść poświęcić Wielkanocny koszyczek wypchany po brzegi łakociami. Głodna byłam straszliwie bo zapomniałam zjeść śniadania. Kiedy wróciliśmy do domu okazało się, że zaraz przyjadą goście. Dawno ich nie widziałam to cieszyłam się na spotkanie.
Razem z przybyłymi gośćmi wybieraliśmy się do kościoła a później na defiladę. Tradycja wygląda tak, że codziennie przez święta Turki Wielkanocne razem z orkiestrą maszerują przez całą miejscowość i na rynku jest defilada. Jak ktoś ciekawy, niech poszpera w necie to na pewno coś więcej o tym znajdzie.
Wracając do tematu to tego dnia tak się do tego kościoła zbierałam, że dotarłam na rynek już o kościół nie zahaczając. Po defiladzie wróciliśmy do domu i razem z moimi gośćmi zasiedliśmy nad plackami i kawą. Wdepnął też brat męża i we dwóch zabawiali jedną moją starszą ciotkę i namawiali gości do wizyty także w niedzielę. Jakoś zleciał cały wieczór i ok 2 w nocy wybraliśmy się na Pobudkę (tradycja każe aby z soboty na niedzielę razem z orkiestrą przemaszerować z jednego końca wsi na drugi). Do domu wróciliśmy z mężem rano i mieliśmy się nie wybierać na Rezurekcję. Wpakowaliśmy się pod kołdrę i narzekając na obolałe nogi mieliśmy nadzieję szybko zasnąć. Po 5 minutach leżenia kiedy zaczynało mi się już robić ciepło, przyszedł sms od brata mojego męża, w którym informował nas, że właśnie grzeje sobie coś dobrego do jedzenia. Nocował u Mamusi i właśnie szturmował jej lodówkę. Mój mąż nie wytrzymał, zabrał mi kołdrę i kazał się ubierać. Miał zamiar wprosić się na śniadanie. Posłusznie się ubrałam i poszliśmy. Nie dość, że byłam głodna to jeszcze ciekawa co Mamusia takiego nagotowała. Kiedy dotarliśmy na miejsce Mamusia już nie spała i stroiła się do kościoła. Nie wiem co to był za styl ale miała na sobie bieliznę, bluzkę i rajstopy. Drugie rajstopy miała zaczepione o kapcia i targała je za sobą krzątając się po kuchni. Nie wiem jakim cudem się na nich nie zabiła. Po śniadaniu wszyscy wybieraliśmy się do kościoła. Mamusia założyła do zestawu spódnicę co mnie zdziwiło bo zawsze kreowała nowe trendy. Tak na serio to miałam nadzieję, że o tej spódnicy zapomni i cała wieś będzie miała temat do rozmów na najbliższe pół roku. Nie tym razem niestety.
Po dotarciu na miejsce wszyscy weszli do kościoła a ja z mężem po ujrzeniu biskupa słynącego z długich kazań na tematy polityczne, wycofywaliśmy się dyskretnie w kierunku drzwi. Jeszcze się msza nie zaczęła a my już byliśmy w drodze powrotnej do domu mojej mamy. Wreszcie po ludzku położyliśmy się spać. Koło godziny 12 obudził nas dziwny telefon od Mamusi, która próbowała wybadać gdzie aktualnie przebywa męża brat. Wsiąkł gdzieś cwaniak a ona nie mogła przeżyć, że nie wie gdzie aktualnie przebywa i z kim. Od nas się też nie dowiedziała.
W niedzielę znów zjawili się u nas goście i moja ciotka od progu pytała o męża brata. Zachwyciła się chłopakiem i kto wie, może jeszcze awansuje z mojego szwagra na jakiegoś szwagro-wujka ;)
Niedziela zleciała nam na klapaniu drzwiami od lodówki. Po południu znów zawlekliśmy się na defiladę. Ja przystawałam co chwila koło jakiejś dawno niewidzianej koleżanki a mój mąż jako zapalony fotograf amator gdzieś mi od razu zniknął. Wieczorem postanowiliśmy wdepnąć gdzieś w gości ale nikt nas nie chciał. Mieliśmy iść do Mamusi ale się baliśmy, że będzie chciała się z nami coś napić i po dwóch głębszych zaśnie w fotelu. Wtedy nie wiadomo czy śpi czy udaje i strach cokolwiek gadać. Brat męża też się na wieczór u Mamusi nie pisał. Nie chcąc cały wieczór uważać na słowa wsiąkliśmy u mojej mamy w domu. Goście już pojechali więc można było pogadać na spokojnie. Jakoś tak zleciało do północy.
W poniedziałek rano mąż stwierdził, że trzeba by się do Mamusi wybrać w gości. Zwyczajnie dla świętego spokoju. Mieliśmy też odebrać torbę, w której przywieźliśmy puste słoiki. Zanim jednak do niej poszliśmy moja mama kazała nam zapakować wałówkę. Dała nam chyba pół lodówki. Już nie wspomnę o kilku wytłaczankach z jajkami. Kiedy już wszystko było zapakowane, poleźliśmy z mężem niechętnie do Mamusi. A co się tam działo? Kolejne pakowanie żarcia. Mamusia już kończyła pakować torbę, którą jej zostawiliśmy. Nawkładała do niej tak dużo, że myślałam, że będzie po niej skakać żeby ją zapiąć. Nie skakała. Torby zapiąć też się nie dało. Jak usłyszałam, że Mamusia żąda żeby jej jeszcze przynieść reklamówki do spiżarni, wzięłam męża na bok i poprosiłam go żeby Mamusię powstrzymał. Mieliśmy jechać do Krakowa ze znajomymi i zakładaliśmy, że oni tez coś będą wieźli. Mąż szybko Mamusi wytłumaczył, że nie może nam aż tyle dać bo się zwyczajnie do auta nie zmieścimy. Przemyślała sobie szybko ten problem i nie chciała już reklamówek. Nawet się trochę rozpędziła i wyjęła z torby 2 słoiki ogórków kiszonych. Uwielbiam jej ogórki kiszone i nie wiem czemu to zrobiła. Cóż, taki mój los…
Prosto od Mamusi poszliśmy na ostatnią defiladę a tuż po niej siostra męża miała nas podrzucić do znajomych, z którymi mieliśmy wracać do domu.
Po defiladzie udaliśmy się do mojej mamy po nasze graty i ruszyliśmy w trasę. W Krakowie biliśmy grubo po 9 wieczorem i prawie od razu poszliśmy spać. Wcześniej z grubsza pochowaliśmy jedzenie do lodówki. Ja zerknęłam tylko szybko do torby z wałówką od Mamusi i upewniłam się, że zostały tam same słoiki.
Dziś rano od razu pognałam do kuchni aby napocząć Mamusiowe ogórki kiszone. Straszliwą miałam na nie ochotę. Byłam w stresie, że wszystkie z torby powyciągała. Ucieszyłam się jak zobaczyłam dwa słoiki i miałam zamiar sobie pojeść zanim wstanie mąż i będzie się chciał częstować. Moja radość nie trwała jednak długo bo jedne były popsute a drugie okazały się korniszonami. Niepocieszona napiłam się tylko kawy na śniadanie. 
Przy kawie zebrało mnie na przemyślenia. Doszłam do wniosku, że nie miałam szczęścia podczas tych świąt. Niby nie widziałam Mamusi zbyt często ale i jej ogórków kiszonych też nie widziałam. Niby mój mąż narobił przez 3 dni kilka tysięcy zdjęć a jestem tylko na czterech. Już nie wspomnę o tym, że cały czas chodziłam w jednych portkach bo na sukienki, które ze sobą zabrałam było za zimno. Mam nadzieję, że ten pech dziś już się skończył bo właśnie idę farbować włosy.

PS. Śmierć korniszonom!

piątek, 2 marca 2012

Mamusia wieje ile sił w nogach

Dziś obudziłam się koło 9 i bardzo zdziwiona zauważyłam, że w domu panuje grobowa cisza. Mąż też już nie spał i jak tylko otworzyłam oczy poprosił o poprawienie poduszki. Czekał biedak aż się obudzę bo wczoraj dość ostro został pouczony na temat korzystania ze słowa „proszę” i „dziękuję”.
Kiedy nadeszła godzina 10 oboje zaczęliśmy się zastanawiać co się dzieje z Mamusią. Mąż kazał mi iść na przeszpiegi a ja głupia oczywiście poszłam. Jak Mamusia mnie zobaczyła to od razu wyszła z pokoju i pognała do synka. Przez chwilę myślałam nawet, że się koło niego położy bo była jeszcze w piżamie ale jakoś się powstrzymała. „Tylko nóg se nie połam” pomyślałam i poszłam się ogarnąć. Kiedy wyszłam z łazienki, Mamusia już opowiadała mężowi jakiemu zabiegowi została poddana jej siostra kilkanaście lat wcześniej i jak to się w szpitalach nic nie zmienia. Ja postanowiłam się do tematu nie wtrącać i iść na zakupy.
Przez jakieś pół godziny łaziłam od warzywniaka do warzywniaka by w końcu zatrzymać się w sklepie, gdzie zawsze kupuję mięso. Kolejka była spora ale ja miałam przecież czas. Stałam sobie grzecznie gdy nagle za plecami usłyszałam: khhhhhhyyyyyy, khhhhhhhyyyyyy, kkkkkkhhhhhyyyy! Obejrzałam się do tyłu i zobaczyłam dziadziusia, który na moje oko właśnie się szykował do przejścia na tamten świat. Już widziałam oczami wyobraźni jak mu muszę robić usta-usta. Powtarzając sobie „nie brzydzę się, nie brzydzę się, nie brzydzę się”, czekałam na dalszy rozwój wydarzeń. Nagle usłyszałam przeciągłe: kkkkkhhhhhhhhhhhhhhyyyyyy i myślę sobie „koniec! Trzeba działać bo zejdzie”. Odwróciłam się do niego a dziadek na cały głos: kkkkhhhyyy la la la la laaaaa…. Okazało się, że tonacji skurczybyk szukał. Kiedyś się uczyłam śpiewać ale tak to nie wyglądało.
Kiedy stres związany z ratowaniem życia ludzkiego minął, kupiłam mięcho i skierowałam się do domu. W domu Mamusia już była wystrojona a mąż miał ciśnienie podniesione do granic możliwości. Ja zaczęłam rozkładać zakupy a Mamusia włączyła swojego laptopa i zaszyła się w drugim pokoju. Siedziała tak chyba ze dwie godziny. Śniadania nie jadła bo jej nie podałam i herbaty też nie wypiła bo jej nie powiedziałam, że to dla niej. Chciała się u nas chyba czuć jak gość ale u mnie w domu od zawsze panuje samoobsługa. Każdy o tym wie ale tylko Mamusia nie jest w stanie tego zaakceptować.
Kiedy Mamusia skończyła już zgrywać wyśmienitą internautkę, przyszła do męża pokoju i powiedziała, że ona jedzie do domu. Mnie i męża zatkało. Miała siedzieć tydzień a tu nagle się wybiera w podróż. Nie pozwoliłam jej jechać przed obiadem, na głodniaka i zaczęłam się tłuc garami w kuchni. Mąż mnie tylko co jakiś czas poganiał, żebym szybciej gotowała ten obiad. Sam oczywiście głodny nie był.
Po obiedzie faktycznie Mamusia zaczęła się pakować do drogi i po 14 już jej u nas nie było. Kiedy przed wyjściem zapytałam ją co się tak spieszy odpowiedziała tylko „a co tu będę siedzieć”. Widziałam tylko przez okno jak w podskokach pokonuje przejście dla pieszych i tory tramwajowe. Szczerze to nie wiedziałam, że ona jest jeszcze taka żwawa w nogach.
Jakiś czas po jej odjeździe zaczęliśmy się z mężem zastanawiać czemu tak szybko nas opuściła. Mąż stwierdził, że zwyczajnie nie daliśmy jej się wykazać. On nie pozwolił sobie trzymać talerza podczas jedzenia a ja nie błagałam jej o pomoc w zwykłych domowych czynnościach. I wiecie co? Mamy teraz wyrzuty sumienia.

czwartek, 1 marca 2012

Mamusia czuwa

Wczoraj wieczorem Mamusia zasnęła przed telewizorem. Nie chciałam jej budzić i znowu słuchać co ma do powiedzenia, więc po cichaczu wyłączyłam telewizor i zwiałam do siebie. Zgasiłam światło, wyłączyłam komputer i udawałam, że śpię. Zasnęłam dopiero koło północy a rano obudził mnie telefon od męża. Powiedział mi, że dostał wypis ze szpitala i już można po niego przyjechać. Najpierw popędziłam do sklepu po jakieś śniadanie dla Mamusi a później galopem na tramwaj i do szpitala. Zanim wyszłam z domu podpuściłam Mamusię, że przydało by się posprzątać zanim mąż wróci i zmienić pościel na czystą. Zabrałam rzeczy, których Mamusia wczoraj nie pozwoliła zostawić w szpitalu i jak rasowa Rumunka (z jej dużą torbą bo nasze są do niczego) pojechałam po mojego zdechlaka.
W szpitalu mąż już był prawie gotowy do wyjścia i razem poczłapaliśmy na taksówkę. Nie było łatwo się spod szpitala wydostać bo ulica była zamknięta. Kręcili jeden z „genialnych” polskich seriali detektywistycznych.
Kiedy byliśmy już pod drzwiami naszego mieszkania, ze środka wyłoniła się Mamusia i od razu mnie pogoniła żebym szybko zmieniała pościel dla męża. Wściekłam się okropnie bo przez godzinę jak mnie nie było mogła się odkleić od telewizora i ruszyć rękami w słusznej sprawie. Nie miałam wyjścia i zaczęłam latać po mieszkaniu jak głupia. W jedną stronę z pościelą, w drugą z odkurzaczem, w trzecią z pozostawianymi wszędzie przez Mamusię brudnymi szklankami, w czwartą z jarzynami na zupę, w piątą z praniem…
Nie wiem w ile stron można jeszcze biegać ale chyba dziś wykorzystałam wszystkie. Mamusia przez ten czas usiadła przy synku i czytała sobie gazetę. Od czasu do czasu zerkała na niego jak na świętą relikwię.
Podczas obiadu postanowiła nawet trzymać mu talerz a ja się tylko zastanawiałam kiedy go zacznie karmić. Mąż się wkurzył i ją ostro przegonił. Strzeliła fochem i poszła zająć się swoim talerzem.
Jak nalewałam zupę, spadła mi leżąca na blacie łyżka i od razu się dowiedziałam, że przy chorym nie można hałasować. Stare porzekadło mówi, że nie można też wkurzać tego co podaje jedzenie. A dziś operatorem chochelki byłam ja. Nie nalałam jej dużo. Głodem ją wezmę...
Po obiedzie Mamusia powróciła do czytania gazety a ja zwiałam do drugiego pokoju pozostawiając męża na pastwę losu. Miałam chwilę czasu na poukładanie rzeczy w szafie i ukojenie skołatanych nerwów. Tak mi zleciała cała godzina.
Kiedy wyszłam z pokoju, zobaczyłam, że mąż jest już taki zły, że zaraz mu szwy na brzuchu strzelą. Nie wiedziałam co zrobić z Mamusią i jak mu pomóc więc wymyśliłam, że koniecznie potrzebny jest nam syrop do rozcieńczania z wodą. Mamusia w końcu sama zalecała picie tylko wody z sokiem. Mąż stwierdził, że powinna iść do sklepu. Powiedział jej także, że on chce taki syrop z supermarketu a nie ze sklepu osiedlowego. Najbliższy tak duży sklep jest od nas oddalony o dwa przystanki tramwajowe. Mamusia poszła (bo przecież choremu się nie odmawia – co osobiście podkreśliłam ze trzy razy) i nie było jej prawie 2 godziny. Wreszcie mogłam spokojnie z własnym mężem porozmawiać i dowiedzieć się co go boli i co by dobrego zjadł. Miałam też okazję, żeby się trochę wyżalić. Przypomniało mi się też, że jeszcze nie jadłam śniadania a była już godzina 18.
Czas wolności jednak szybko minął i Mamusia powróciła z wojaży. Naznosiła do domu łakoci i zadowolona z siebie usiadła znów koło synka, tylko tym razem na krześle. Myśleliśmy, że może się wreszcie zmęczyła i pójdzie wcześniej spać. Oczywiście nie poszła, tylko zaczęła nam tłumaczyć skomplikowany zabieg medyczny jaki widziała w „Na dobre i na złe”. Kiedy opowieść dobiegała końca, Mamusia zaczęła energicznie wymachiwać rękami ponad głową. Oboje z mężem zbaranieliśmy na chwilkę ale nauczeni doświadczeniem nawet nie zapytaliśmy co Mamusia wyczynia. Mąż tylko nie mógł się powstrzymać i zapytał: „może ci włączę muzykę do tych wygibasów?”. Mamusia nie chciała ale za to bardzo chętnie nam wytłumaczyła, że ona w taki sposób spaceruje po lesie. A na nasze pytanie czemu sobie kijków do Nordic Walkingu nie przywiozła (bo już ma), odpowiedziała, że wcale to jej nie jest potrzebne. Mąż się tylko do mnie odwrócił i powiedział, że znajomy mu się żalił, że na polowaniach mu kiepsko idzie bo nie ma do czego strzelać. I stało się jasne czemu nie ma do czego strzelać i dlaczego wszystko to, do czego na polowaniu się strzela, zwiało gdzieś z lasu.
Ja osobiście muszę się przyznać, że poziom irytacji jaki osiągnęłam aż mnie dziś zadziwił. Nie wiedziałam, że ktoś może mi aż tak bardzo podziałać na nerwy. Nie poddam się jednak i będę walczyć. Może być nawet na miecze albo i lasery.

środa, 29 lutego 2012

Mamusia podnosi ciśnienie

Dziś musieliśmy wszyscy wstać o 5 rano bo o 6:30 trzeba było się stawić w szpitalu. Nie wyspałam się oczywiście bo na złość Mamusi nie zjadłam kolacji i straszliwie byłam w nocy głodna. Mój mąż od rana kombinował co tu zrobić, żeby Mamusia z nami do szpitala nie jechała ale niestety na każdy jego argument reagowała podnoszeniem głosu albo fochem. Nie dało się jej namówić żeby siedziała w domu. Do szpitala dotarliśmy na umówioną godzinę i Mamusia zaczęła nam tłumaczyć jak dokładnie szpital działa i jak wygląda postępowanie w takich przypadkach jakim jest mój mąż. Jeszcze nie było 7 rano a mi się już flaki zaczęły przekręcać i bałam się, że za chwilę sama będę potrzebowała operacji. Czekaliśmy chwilę na oddziale i mąż został przyjęty. Wpadł też na pomysł żebyśmy pojechały do domu bo do zabiegu miał jeszcze trochę czasu i nie chciał się stresować naszą obecnością. Mamusia jeszcze na koniec tylko przekazała mu dziesięć przykazań i ruszyłyśmy z powrotem zabierając ze sobą ubranie męża, bo Mamusia była pewna, że ktoś ukradnie.
Tarabaniłam do domu kurtkę i buty klnąc pod nosem, że przecież w szpitalu można było zostawić. Do Mamusi nie docierało. W tramwaju usiadłyśmy koło siebie i zaczęłyśmy pogawędkę. Nie wiem nawet kiedy temat rozmowy zszedł na jedną dziewczynę z Mamusinej miejscowości. Nie wiem jak można tak najeżdżać na człowieka, którego się ledwo zna. Kilka razy starałam się uciąć temat ale zwyczajnie musiała powiedzieć to co miała do powiedzenia. Mi pozostał tylko niesmak. Pod koniec rozmowy postanowiłam się wyłączyć albo ustąpić komuś miejsca i zniknąć w zatłoczonym tramwaju. I teraz ja się pytam: gdzie do jasnej cholery są wszyscy emeryci jak ich potrzebuję? W tramwaju nie było ani jednego, nie było komu ustąpić. Kombinowałam jak koń pod górkę gdy nagle z Mamusiowego monologu wychwyciłam urywek zdania „…ja to mam arystokratyczne pochodzenie…”. Zgłupiałam dosłownie. Nie zapytałam o co chodzi i czy Mamusia żartuje, czy faktycznie z niej taka hrabianka bo bałam się, że wyjdzie, że nie słuchałam. Postanowiłam o temat arystokratycznego pochodzenia zapytać kiedy indziej. 
Kiedy dotarłyśmy do domu, zrobiłam herbatę i postanowiłam chociaż na chwilę się położyć. Mamusia niestety zaraz za mną przyszła do pokoju i postanowiła mi opowiedzieć jak to było, kiedy ona sama była w szpitalu na operacji. Mówiła, że tak ją znieczulili, że słyszała kiedy jeden lekarz do drugiego powiedział „nożyk poproszę a potem haki”. Słysząc jakiego nazewnictwa użył lekarz miałam zapytać Mamusię czy jest pewna, że ta operacja była w szpitalu czy może w jakiejś masarni. W ostatniej chwili postanowiłam porzucić temat.
Chwilę później dostałam smsa od męża z prośbą, żeby Mamusi nie przywozić bo mu podnosi ciśnienie i jak wróci z bloku operacyjnego to da znać i wtedy będziemy mogły się pojawić. Mamusia się zgodziła na taki układ i udała się do drugiego pokoju w celu bliżej nieokreślonym. Wreszcie miałam ciszę i spokój. Jak już zaczęłam robić się poważnie senna, zadzwonił telefon. Okazało się, że kurier ma dla mnie dwie paczki i chce się umówić na godzinę 12. Akurat to mi pasowało bo po odebraniu paczek pojechałabym z powrotem do szpitala. Czekając na kuriera zasnęłam przed telewizorem. Nagle obudził mnie głos Mamusi. „To ja jadę” powiedziała i zaczęła się ubierać. Nie wiedziałam co mam robić bo miałyśmy jechać razem a jeszcze kuriera nie było. Kazała mi zostać w domu a sama się szybko ulotniła. Poczułam się zwyczajnie zrobiona w balona. Autentycznie mi zwiała i popędziła opiekować się synkiem. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej byłam zła. Na szczęście kurier pojawił się o 13 i szlag mnie nie zdążył trafić. Porzuciłam paczki w pokoju i pognałam się ubierać. Nagle zadzwoniła Mamusia i płaczliwym głosem zaczęła mi coś wyjaśniać. Nogi się pode mną ugięły bo już myślałam, że coś poszło nie tak podczas operacji. Na szczęście się myliłam. Okazuje się, że kiedy Mamusia szepcze to wydaje z siebie dźwięki jak stado marcujących się kotów. Przez telefon chciała mi tylko powiedzieć, że wszystko ok i mąż już wrócił z bloku operacyjnego. Ja w tym czasie szybko udałam się na tramwaj i podśpiewując sobie pod nosem „panie szofer gazu, panie szofer gazu” dotarłam do szpitala. Weszłam na salę, w której leżał mąż i co zobaczyłam? Mamusia nachylona nad nim z miną rasowej matki polki a mój z miną srającego kota na pustyni. Nie było szans usiąść koło własnego męża bo Mamusia przecież jest ważniejsza. Na szczęście mężowi kończyła się właśnie kroplówka i wygoniłam Mamusię aby poinformowała o tym fakcie pielęgniarki. Jak tylko wyszła to usiadłam na jej miejscu i broniłam go jak niepodległości. Pielęgniarka weszła na salę, spojrzała na mojego męża i wypaliła „a z czego pan się znów tak śmieje?”. Nie wiem co się tam działo na tym bloku operacyjnym i chyba nie chcę wiedzieć. Poznałam też przy okazji „kolegów” z męża sali. Jeden był pod 80-tkę i jakoś dziwnie się nie ruszał a drugi (młody) chrapał jakby stado hebli jeździło po pumeksie. Nie tylko ja się dziś nie wyśpię.
Kiedy Mamusia poszła pooglądać odział chirurgii ogólnej, mąż powiedział mi, że jak jej natychmiast nie zabiorę to udusi ją rurką od kroplówki albo kopnie ją w zad (jak tylko powróci mu czucie w nogach). Podłapałam temat i zaczęłam wciskać mu różne głupoty mając nadzieję, że w kroplówce ma coś po czym zobaczy smoka na korytarzu. Oczywiście powiedziałam mu też, że jak mu się nie podoba to co do niego mówię to śmiało mnie może kopnąć. Śmiało!
Chwilę później postanowiłyśmy z Mamusią iść do sklepu i jej synka zaopatrzyć co by się chłopakowi w nocy nie nudziło i miał coś do jedzenia. Chciałam mu kupić sok i jakieś biszkopty ale się od Mamusi dowiedziałam, że to wszystko ciężkostrawne. Chciała mu kupić parówki ale zaczęłam się stawiać i porzuciła ten głupi pomysł. 
Wróciłyśmy do szpitala a mąż właśnie majtał sobie pod kołdrą lewą nogą. Pomyślałam sobie, że chyba trzeba sobie iść bo już był w stanie zemścić się za moje żarty. Jak usłyszał, że idziemy to chyba nawet się ucieszył. Pożegnaliśmy się i razem z Mamusią poszłyśmy na tramwaj. Na szczęście przyjechał zatłoczony i szybko udało mi się ją zgubić.
Po powrocie do domu rozpakowałam paczki, na które tak długo czekałam a Mamusia zaczęła odgrzewać bigos. Mieszaniu w garnku towarzyszył oczywiście monolog.  Usłyszałam przy okazji: „ty masz takie coś, taką przypadłość, takie skłonności do tycia ale to nie jest choroba, nie martw się”. Nie zmartwiłam się tylko poszłam do łazienki i wygrzebałam z szafki kryzysowego papierosa, którego ukryłam na czarną godzinę. Zaraz idę wynieść śmieci…

wtorek, 28 lutego 2012

doktor z telewizora

Ostatniej nocy nie mogłam spać. Wiedziałam, że Mamusia się pojawi i gapiąc się w ciemny sufit w pokoju, zastanawiałam się co jeszcze muszę posprzątać albo schować, żeby się nie czepiała. Wydawało mi się, że już wszystko odkurzyłam i umyłam ale jednak cień niepewności pozostał. Mamusia jest deczko zezowata (wada w stylu - jedno oko na Maroko, drugie na Kaukaz) i jakich ona się potrafi rzeczy dopatrzeć to nawet mikroskop elektronowy nie ogarnia. Totalne zmęczenie powaliło mnie dopiero koło 3 nad ranem. Ledwo oko zamknęłam a już była 7. Nie chciało mi się wstać aż do momentu kiedy mąż powiedział, że Mamusia dzwoniła i będzie u nas już o 10:30 a on już wychodzi do pracy i mam sobie sama radzić. Życzyła sobie także żebym wyszła po nią na przystanek. Zerwałam się z łóżka jak wściekła i w ataku paniki zaczęłam zbierać pranie a później myć fronty szafek w kuchni (pomyślałam sobie, że jeszcze raz nie zaszkodzi). Ocknęłam się z tego szału dopiero koło 9. Oczywiście darowałam sobie śniadanie i poszłam się myć. Później przez jakąś godzinę kręciłam się bez celu po mieszkaniu i o 10 wyszłam po Mamusię. Droga mi się dłużyła strasznie. Kiedy dotarłam na przystanek zadzwoniłam do mojej Mamy po wsparcie. Niepotrzebnie jak zwykle.
Kiedy nadjechał autobus zobaczyłam, że Mamusia siedzi na siedzeniu obok kierowcy. Zaczęłam się śmiać sama do siebie bo sobie pomyślałam, że biedny chłop się musiał nasłuchać przez całą drogę i pewnie jak skończy pracę, to następnego dnia się zwolni.
Mamusia wysiadła z autobusu a za nią kierowca. Przez chwilę myślałam, że facet się rzuci pod nadjeżdżające drogą Pikaczento ale spojrzał na mnie z politowaniem i podał mi Mamusiowe bagaże. Szybko wrócił do autobusu, spojrzał w lusterka (chyba chciał się upewnić, że już się wyśmienitej pasażerki pozbył) i szybko odjechał.
Jak zobaczyłam ile Mamusia przywiozła ze sobą bagażu to mi się zrobiło słabo. Miała wielką walizkę, dużą torbę, torebkę i laptopa bo przecież od świąt jest Mamusią multimedialną i jak się człowiek chce od kobity dowiedzieć co na wsi słychać to trzeba maila napisać.
Dostałam od Mamusi walizę do targania (na kółkach, które się nie bardzo kręciły) i obie ruszyłyśmy do domu. Po drodze Mamusia oczywiście zaczęła narzekać jakie to u nas chodniki krzywe a to przecież ja próbowałam turlać ciężką walizę. Przez te piętnaście minut prawa ręka mi się wydłużyła o jakieś 5 cm. Ja nie wiem co ona przywiozła w tych torbach. Trochę się boję, że się właśnie powoli wprowadza bez mojej wiedzy.
W domu zrobiłam Mamusi herbatkę i zasiadłyśmy za stołem na pogawędkę. Od razu mnie zapytała czy karmiłam męża grejpfrutami a ja oczywiście powiedziałam, że tak. Trochę kłamałam, bo nie jadł ale za to widział w sklepie. Myślicie, że to się liczy?
Zaleciła mu także picie wody z cytryną bo tak powiedział doktor w telewizji.
Mamusia opowiadała mi też jak to było kiedy jeszcze nie była na emeryturze i rozpływała się w zachwytach nad swoim ostatnim szefem (zakochała się czy co?) a ja grzecznie słuchałam. Ciężko mi było się skupić na tym jak opowiadała o sprawach księgowych bo to totalnie nie moja bajka. Wyrwał mnie z przemyśleń dopiero tekst, że gdybym miała takie CV jak Mamusia to bym bardzo szybko pracę znalazła porządną. Zatkało mnie autentycznie. Pomyślałam sobie, że właśnie zaczyna się moja gehenna i jak to kompletu dojdzie mi jeszcze facet po operacji to chyba się pochlastam szarym mydłem.
O 13 wrócił mąż na obiad bo o 14 miał zjeść ostatni posiłek przed pójściem do szpitala. Ja się zajęłam garami w kuchni a Mamusia zaczęła pouczać męża co powinien jeść przed operacją i kiedy pić, żeby się później dobrze czuć.
Niedługo później zasiedliśmy do obiadu a Mamusia zaczęła nam opowiadać jakie to duże mieszkanie w Warszawie 20 lat temu miała jej siostra. Opowiadała też (patrząc wymownie na mnie) , że doktor w telewizji mówił, że nie można pić czystej wody bo obciąża serce. Powiedziałam, że ja piję tylko czystą wodę i nie wdawałam się w dalsze dyskusje. Do rozmowy wtrącił się mąż i stwierdził, że już zaczyna jak jej nawiedzona siostra słuchać co powiedział doktor z telewizora i jeszcze powinna zostać słuchaczką (wiadomo jakiego radia). Mamusia potwierdziła, że jej siostra faktycznie od wielu lat jest słuchaczką a mąż uparcie drążąc temat zapytał czy w manifestacjach też bierze udział. Mamusia się oburzyła i pewnym tonem powiedziała, że jej siostra nie uczestniczy w dużych zgrupowaniach ludzi. Mój mąż aby jeszcze mamusi ciśnienie podnieść stwierdził, że jak ciocia nie uczestniczy w manifestacjach to pewnie pracuje w moherowym tajnym wywiadzie i dlatego się publicznie nie pojawia. Mamusia się obraziła i dalszy ciąg obiadu minął w milczeniu.
Tuż po obiedzie zaczął się wykład na temat głodówek (bo doktor z telewizora powiedział…). Już czekałam kiedy mi przywali, że jestem gruba. Nie powiedziała tego ale za to się dowiedziałam, że gdybym sobie taką głodówkę zastosowała to wiele schorzeń mogłabym wyleczyć. Świetnie. Nie dość, że jestem stara, gruba i brzydka to jeszcze do tego chora. Poszłam do łazienki i udawałam, że sprzątam.
Chwilę późnej stwierdziłam, że koniecznie muszę się położyć. Zamknęłam się w pokoju i słuchałam muzyki a Mamusia zasnęła przed telewizorem. Zmęczona była bidulka bo wstała dziś przed 3 w nocy. Budzika nie posiada więc jak się przebudziła to postanowiła już wstać. Miała jedyne 3 godziny do odjazdu autobusu więc przez ten czas opróżniła zamrażalnik i przywiozła do nas wszystko co tam było.
Chwilę temu pakowałam męża do szpitala i nawet nie miała siły wstać i nam pomagać. Dziś chyba ją obudzę w środku nocy żeby jutro był spokój. Z Mamusią jak z dzieckiem - trzeba ją dobrze zmęczyć żeby nie marudziła.

wtorek, 21 lutego 2012

dobre dresy, złe dresy i Mamusia

W zeszłą niedzielę wieczorem zadzwoniła do nas Mamusia. Postanowiła sobie, ze przyjedzie do nas jak mąż będzie po operacji żeby się synkiem opiekować. Zabawi u nas tydzień. Mąż z nią rozmawiał i widziałam jak z każdą sekundą minę ma coraz ciekawszą. Wiedziałam, że coś jest na rzeczy i znów będziemy cierpieć. Targnęło mną jak się dowiedziałam o co chodzi bo nie wiem co ja przez ten tydzień ze sobą zrobię. Nie mam się dokąd wyprowadzić…
Niedzielny wieczór mieliśmy całkiem rozwalony. Mąż się zaszył przed telewizorem a ja przy komputerze, który odkąd mam wolne stał się moim najlepszym przyjacielem. Na początku chcieliśmy jeszcze walczyć z Mamusią ale szybko nam przyszło do głowy, że to nie ma sensu. Ona i tak przyjedzie czy my tego chcemy, czy nie. Postanowiłam się załamać jak zwykle i iść wcześniej spać. Niestety nie udało mi się zasnąć bo grupka dresów postanowiła sobie urządzić imprezkę na klatce. Często tam ktoś imprezuje ale jeszcze się nie zdarzyło, żeby były jakieś wrzaski. Widać tym razem imprezę miały te złe dresy bo zazwyczaj jak wracam z pracy a dobre dresy balują, to nawet drzwi otworzą i się przywitają. Mąż przez chwilę chciał do nich iść i przekonać ich żeby sobie poszli. Wyperswadowałam mu ten pomysł bo lepiej się nie wyspać niż dostać po pysku. 
Cały poniedziałek próbowaliśmy się pogodzić z myślą, że Mamusia nas znowu nawiedzi. Tak jakoś zleciał ten cały depresyjny dzień.
Dziś rano znowu miałam zaszczyt odebrać on niej telefon. To znaczy nie odebrałam go tylko zaczekałam aż przestanie dzwonić i dałam sobie 5 minut na wygrzebanie się z łóżka. No i na tym wygrzebywaniu zleciała cała godzina. Jakoś się nie mogłam zebrać żeby oddzwonić. Kiedy jednak to zrobiłam, Mamusia mi oświadczyła, że ona przyjedzie po to, żebym ja miała w niej wsparcie. Dziękuję bardzo za takie wsparcie. Kto mnie na serio wesprze podczas jej wizyty? Chyba tylko psychiatra z ważnym bloczkiem recept. Pytała też jak moje zdrowie, które ostatnio mi trochę szwankuje. Zwierzyłam jej się, że mam okropny suchy kaszel i moje oddychanie wygląda tak: wdech (gili, gili) - wydech (gili, gili). Poradziła mi zrobić sobie syrop z mleczu, który podobno pomaga na kaszel. Tylko ja mam takie jedno pytanie: gdzie ja teraz kuźwa mlecz znajdę? Powiedziałam jej, że szefowa dała mi tabletki na kaszel i dzięki nim przynajmniej mogę zasnąć w nocy. Oczywiście w odpowiedzi się dowiedziałam, że trucizna bla, bla, bla…
A te tabletki na kaszel faktycznie są mocne bo udało mi się po nich zasnąć w autobusie na stojąco. Obudziłam się dopiero jak podskoczył na wertepie. Mało się nie wywaliłam ale ma się jeszcze ten refleks.  Często wzbudzam ogólny śmiech w środkach komunikacji miejskiej to się wcale tym nie przejęłam.
Podczas rozmowy też dowiedziałam się od Mamusi, że mam kupić 10 grejpfrutów i dawać codziennie jednego mężowi do jedzenia. Nie przepada on za nimi ale sory Gregory, będzie musiał wsuwać bo Mamusia kazała. To na coś tam pomaga ale nie słuchałam na co bo dresy na klatce znów zaczęły śpiewać i chciałam usłyszeć komu kibicują. Nie dowiedziałam się bo zgodnym chórem zaintonowali tylko „je..ć PZPN”.
Mamusia usłyszała te śpiewy i zaczęła wypytywać co się tam u nas dzieje. Opowiedziałam jej całą historię, jak to złe dresy od soboty nas dręczą. Obiecała mi, że jak przyjedzie to ona sobie z nimi poradzi skutecznie. Nie wiem czy im poprzegryza tętnice ale już się nie mogę doczekać tego spotkania.

czwartek, 19 stycznia 2012

mądrości ludowe

Wczoraj wróciłam od mojej mamy. Jak do niej jechałam, miałam nadzieję spędzić ten czas na odkopywaniu podwórka ze śniegu. Znów się myliłam. Nie wiem czy ja jestem głupia, czy co…
Cały poniedziałek się ukrywałam przed Mamusią i nawet udało mi się spokojnie posprzątać cały dom mojej mamy.

We wtorek mąż był u lekarza i się okazało, że musi położyć się na 24 godziny do szpitala ale dopiero końcem lutego. Mamusia jakby oszalała jak się o tym dowiedziała. Zaczęły się nieustanne telefony do mnie, męża i jego siostry. Mamusia oznajmiła mi, że ona już widziała, że coś się z nim dzieje jak była u nas podczas ostatniego długiego weekendu. Nie ma to jak spostrzegawczość Mamusi. Szkoda tylko, że mąż na ból brzucha skarżył się już od dzieciństwa.

W środę Mamusia wydała rozkaz aby zakupić mężowi piżamy, najlepiej dwie pary. Zaczęliśmy się wszyscy zastanawiać po jaką cholerę na 24 godziny aż dwie piżamy, tym bardziej, że dostanie na czas zabiegu szpitalną koszulę. Z Mamusią się jednak nie dyskutuje…

W czwartek znów Mamusia do mnie dzwoniła aby mnie poinformować, że ona coś synkowi swojemu ugotuje i ja mu to mam zabrać. Poprosiłam ją tylko aby tego nie było dużo bo i tak już miałam ciężką walizkę do zabrania no i żeby mi się to wszystko zmieściło później w zamrażalniku. Zła byłam trochę bo odebrałam to jako zarzut, że nie umiem gotować. Mamusia synkowi ugotuje lepiej i smaczniej.

W piątek pojechałam do męża siostry z zamiarem pozostania na noc. Wieczór spędziłyśmy nad słoikiem ze śledziami. Herbatą ich nie popijałyśmy…

W sobotę rano poszłyśmy z męża siostrą i jej córką na poszukiwanie tych nieszczęsnych piżam. Nie chciałyśmy mu kupować takich jak na kawalera po 80-tce a inne było ciężko znaleźć. Jakoś nam się jednak udało i jedne kupiłyśmy. Później zadzwoniła Mamusia i jej nakłamałyśmy, że kupiłyśmy dwie.

W niedzielę znów miałam milion telefonów od Mamusi i podczas jednego z nich dowiedziałam się, że „jakby Mamusia słuchała młodych to by źle na tym wyszła”. Nie wiem co to miało znaczyć ale jasny szlag mnie trafił na środku pokoju. Widziałam tylko błagalny wzrok mojej mamy, żeby nie pyskować do teściowej. Przełknęłam jakoś tą zniewagę. Mamusia zapytała mnie też kiedy wracam do Krakowa. Powiedziałam jej, że w środę ale jeszcze nie wiem dokładnie o której i muszę sobie sprawdzić w internecie. Na mój tekst o sprawdzaniu w necie usłyszałam tylko śmiech w słuchawce i pytanie jak można nie wiedzieć, że w internecie mogą być błędy. Szlag mnie trafił po raz drugi tylko z tą różnicą, że tym razem akurat byłam w kuchni. Nie chciałam Mamusi tłumaczyć, że jeszcze mi się nie zdarzyło żeby na stronie internetowej PKSu były jakieś byki ale przecież Mamusia wie lepiej. Zaproponowała mi nawet, że zadzwoni na informację i się dowie. No sama chyba nie jestem na tyle rozgarnięta żeby gdzieś zadzwonić.

W poniedziałek telefon milczał. Spodziewałam się najgorszego. Jak za długo nie dzwoni to znaczy, że siedzi i myśli. Jak za długo myśli to już sami wiecie jak to się kończy.

We wtorek znów do mnie dzwoniła kiedy akurat włączałam pralkę. Od razu sobie pomyślałam, że jeszcze mnie w łazience szlag nie trafiał i powoli mi się pomieszczenia kończą. Tym razem chciała mi tylko przypomnieć żebym przyszła po jedzenie dla męża. Pamiętałam, że mam przyjść bo czekała mnie wizyta „przyjemniejsza” niż u dentysty. Wieczorem się zebrałam i powoli poszłam do Mamusi po wałówę. Najpierw Mamusia opowiadała mi, że ostatnio była chora i twarz jej spuchła. Lekarz stwierdził, że to było uczulenie i mogło być „nieciekawie”. Nie zapytałam jednak, czy słowo „nieciekawie” to jakiś żargon medyczny. Nie chciałam, żeby mnie zaczęła nauczać z dziedziny medycyny.
 A wracając do żarcia, które przygotowała swojemu synkowi… Wiecie ile dla Mamusi znaczy słowo „mało”? Dwie wielgachne, pełne reklamówki. Opróżniła przy mnie pół zamrażalnika i ze słowami „będziecie mieli na tydzień” pakowała to wszystko do siat. Na tydzień to byśmy to mieli gdyby mieszkało z nami jeszcze z 10 osób. Szybko wysłałam smsa do męża z błaganiem, żeby do Mamusi zadzwonił i mnie ratował. Oczywiście zadzwonił ale od razu się dowiedział, że to co ona daje to nie jest wcale dużo. Ja przerażona zastanawiałam się jak ja to zmieszczę do walizki i jak to zatargam do autobusu. Mamusia stwierdziła, że ona mi to rano przyniesie na przystanek. Niedoczekanie! Nie zgodziłam się. Miałam być na przystanku przed 6 rano. Niewyspana i jeszcze niedomotana bym Mamusi nie zniosła. Wyperswadowałam jej ten pomysł.
Kiedy wracałam do domu, musiałam zrobić chyba z 17 przystanków po drodze bo siaty były tak ciężkie, że traciłam czucie w palcach. Im bardziej mi słabły ręce, tym bardziej byłam wściekła. Do domu dotarłam po 20-tu minutach, rzuciłam te siaty na stół i zadzwoniłam do męża. Mamusia oczywiście już do niego zdążyła zadzwonić i podnieść mu ciśnienie. Chciała rozmawiać oczywiście o jego zdrowiu. Wściekły mamrotał do mnie, że jakby Mamusia miała ostre noże to nie musiałby iść do szpitala bo sama by mu tą operację zrobiła.

W środę wstałam o 5 rano. Na przystanek dowlekłam się przed 6. Całego jedzenia od Mamusi oczywiście nie zabrałam. Zwyczajnie się nie zmieściło do walizki. Gdybym wcześniej wiedziała ile tego będzie, to bym przyjechała wozem drabiniastym. Część porzuciłam u mojej mamy w zamrażalniku. Następnym razem zabierzemy.
Do Krakowa przyjechałam przed południem. Ledwo dolazłam do domu, zadzwoniła Mamusia. Nie zapytała czy podróż minęła spokojnie (a nie minęła), tylko czy jedzenie dojechało. Powiedziałam oczywiście, że wszystko dojechało i wszystko się zmieściło do walizki. Przyznałam się też, że właśnie gotuję zupę ogórkową na prośbę męża. Jakie było moje zdziwienie, kiedy w odpowiedzi dowiedziałam się, żeby już mu tej zupy nie gotować bo on jej nie lubi. Usłyszałam też, że mam kontrolować sytuację i pilnować aby się nie przejadał. Normalnie jakbym kota rasowego hodowała.
Nie drążyłam tematu z Mamusią ale postanowiłam zadać kilaka pytań mojemu prywatnemu mężowi na temat tej ogórkowej. Telefon od Mamusi by nie był ważny, gdyby nie przekazała mi na koniec kilku ludowych mądrości:
- Na śniadanie osoby ze skłonnościami do tycia (jak ja) powinny jeść musztardę. - może to i racja bo po musztardzie na śniadanie paw jak nic.
-Płatki owsiane „zabierają” kwasy żołądkowe. - nie wiem gdzie zabierają i po co, widać mają powód :D
- Noszenie slipów przez mężczyzn zapobiega przepuklinie. – świetny środek antykoncepcyjny, od razu się odechciewa. Gorsze są chyba tylko tzw. „gacie tematyczne” (w serduszka, śmieszne ludziki czy w Mikołaje podczas świąt).

Kiedy wczoraj mąż wrócił z pracy byłam już taka wściekła, że spodziewałam się przemocy w rodzinie. Jak tylko wszedł do domu, zaczęłam lać żale na Mamusię a on przekonywał mnie, że ogórkową uwielbia a szczególnie moją. Jego spokój jeszcze bardziej mnie wkurzył i już bliska chęci mordowania zapytałam:  „czemu się z Mamusią nie ożeniłeś?”. Bez zastanowienia odpowiedział: „ty masz lepsze cycki!”.

Nie mam nic do dodania…

wtorek, 10 stycznia 2012

Mamusia ma fantazję

Wczoraj przyjechałam do mojej mamy. Mam zamiar posiedzieć u niej z tydzień a na drugą część urlopu wrócić do Krakowa i wreszcie naprawdę odpocząć. Cieszę się bo mój długi weekend z Mamusią wreszcie się skończył i ona też pojechała o siebie. Mam tylko nadzieję, że sobie za szybko o mnie nie przypomni bo jesteśmy przecież w tej samej miejscowości.
Wczoraj był ostatni dzień jak była u nas. Rano chciałam szybko skoczyć do przychodni i  umówić męża do lekarza a Mamusia akurat zabunkrowała się w łazience. Granatem jej nie można było stamtąd wykurzyć. Nie było się też komu pożalić bo mąż poszedł do pracy a jego siostra bladym świtem ruszyła w trasę pozałatwiać kilka spraw. Zostałyśmy we trzy w domu. Ja i Młoda miałyśmy chytry plan aby zwiać i nie wracać do czasu odwiezienia Mamusi do miejscowości, w której mieszka. Wybrałyśmy się więc najpierw razem do przychodni. Jeszcze w domu mało brakowało a mi trzeba by było udzielać pomocy medycznej. Okazało się, że Mamusia naprawiła mi torebkę. Poprosiłam ją o to w niedzielę wieczorem. Torebka była ze skóry naturalnej na długim pasku. To właśnie ten pasek się odpruł i trzeba było go zwyczajnie przyszyć. To dla Mamusi było zbyt proste oczywiście. I co Mamusia zrobiła? Wycięła ze środka kawałek skóry, który doszyty był do podszewki i z tego zrobiła fikuśno-fantazyjną pętelkę do której doszyła oderwany pasek. Na wyciętym kawałku skóry były informacje o rodzaju użytych materiałów oraz numer seryjny. Mój plan sprzedaży torebki poszedł się właśnie…hmm…  poszedł w las.
Totalnie tym wszystkim osłabiona i ze stanem przedzawałowym wtarabaniłam się do tramwaju wlekąc za sobą ziewającą jeszcze Młodą. Mamusia została sama w mieszkaniu i miałam w nosie co jeszcze „naprawi”. W tramwaju też nie miałyśmy szczęścia bo oczywiście przegapiłyśmy nasz przystanek i trzeba było drzeć z buta z powrotem. Jak już dolazłyśmy do przychodni okazało się, że ludzi jest więcej niż na jakimś dobrym koncercie albo w miejscu gdzie rozdają coś za darmo. Miałyśmy chwilę załamania i przebłysk geniuszu , żeby się wepchać bez kolejki. Nie miałyśmy jednak odwagi rozwścieczać tak dużej gromady emerytów. Nie było by miło oberwać laską po grzbiecie i zostać trafionym sztuczną szczęką niczym pociskiem. Dałyśmy za wygraną i wróciłyśmy do domu. W domu Mamusia właśnie oglądała Polsat Ńju jednocześnie czytając gazetę. Po krótkiej chwili stwierdziła, że czas jechać na sklepy. Młoda szybko coś przegryzła i było gotowa a ja zaczęłam szukać wymówek. Postanowiłam zrobić pranie, posprzątać i coś ugotować żeby zjeść zanim wyjedziemy w podróż wieczorem. Postanowiły iść same. Mamusia radosna jak skowronek a Młoda wymachując mściwie rękami w moją stronę. Jak tylko wyszły zrobiłam to co zaplanowałam. W międzyczasie wrócił mąż, któremu udało się pierwszy raz z życiu dodzwonić do przychodni i sam umówił się na wizytę. Około godziny 15 wróciły zakupoholiczki z 7 kg bananów. Akurat była promocja. Będziemy teraz żreć banany do śmierci. W sumie i tak podejrzewałam siebie o małpie geny ze względu na ilość zużywanych środków depilujących, więc…
Niedługo później wróciła siostra męża i byłyśmy wszystkie gotowe do drogi. Przed 16 zapakowałyśmy się do auta i ruszyłyśmy w trasę, która miała potrwać jakieś 3 godziny. Mamusia usiadła z przodu i jak każdy dobry pilot rzucała co chwilę do męża siostry: „zwolnij!”, „uważaj!”, „zwolnij!”, „skreć!”, „czemu tędy?”, „zwolnij!”.
Młoda zapadła od razu w sen i w pozycji na popielnicę (z otwartą buzią) spędziła prawie całą podróż. Ja siedziałam cicho z tyłu aby nie prowokować Mamusi do rozmowy. I tak jakoś zleciały 3 godziny. Kiedy byłam już w domu, zadzwoniłam do męża aby mu powiedzieć, że dotarłam już do mojej mamy i żeby nie jadł tego sosu co Mamusia w lodówce zostawiła. Dowiedziałam się od niego, że 3 minuty wcześniej dzwoniła do niego Mamusia i kazała mu ten sos zjeść. Nie wiem co zrobił. Nie mój problem i nie moja biegunka…

niedziela, 8 stycznia 2012

długi weekend z Mamusią (niedziela)

Dziś ok 10 rano obudził mnie zapach spalenizny. Wysłałam męża na przeszpiegi żeby sprawdził czy to pali się instalacja elektryczna i zginiemy żywcem czy to Mamusia coś gotuje. Okazało się, że to Mamusia robi jajecznicę. Chciałam przespać śniadanie ale mąż najpierw zagroził rozwodem a potem obiecał „cuda na kiju”. Wstałam. Nie chciało mi się wygrzebywać spod kołdry ze względu na kilo schabu, które miałam tego dnia usmażyć.
Plan dnia według Mamusi obejmował  łażenie po sklepach, obiad i uczestnictwo w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Żeby się lepiej poczuć znów wyfryzowałam moją prywatną katastrofę na głowie i  poczułam się jak specjalista po szkole budowlanej. Jak tylko wyszłam z łazienki dowiedziałam się, że na sklepy jedziemy dopiero po obiedzie. Była godzina 12 a ledwo było po śniadaniu. Obiadu się spodziewałam koło 16. Byłam zła bo razem z Młodą miałyśmy plany mierzenia ubrań, których nigdy nie kupimy. Pocieszyłam się jednak malując paznokcie i rzucając słowami na „k” pod nosem. Zrobiłam sobie też ładny makijaż i pierwszy raz w życiu udało mi się narysować idealne kreski eyelinerem. Dodam, że obie były takie same :D
Koło 15 kiedy wszyscy poza mną zalegali przed telewizorem postanowiłam przyspieszyć porę obiadową. Chciałam wyjść wreszcie z domu i się delikatnie odchamić. Smażyłam więc biedna kotlety chyba przez godzinę. Powie Wam, że gorszej kary chyba dla mnie nie ma. Sama sobie oczywiście też musiałam zrobić inny obiad bo nie lubię jadać prosiaka.
Po obiedzie kiedy już się wszyscy zbieraliśmy do wyjścia, zadzwoniła moja mama i mi powiedziała, że mój siostrzeniec potrzebuje dwóch referatów na temat walca angielskiego i wiedeńskiego na poniedziałek. Miał je zadane już dużo wcześniej ale w ostatniej chwili mu się przypomniało. Wściekłam się! Nigdzie oczywiście nie poszłam bo mi było gnojka szkoda i zasiadłam do pisania. Mąż i reszta oczywiście poszli na sklepy i Orkiestrę a ja tylko co jakiś czas dostawałam telefony co robią i jak jest fajnie. Na szczęście znalazłam jedno bezpańskie piwo w lodówce na pocieszenie i jakoś przeżyłam ten wieczór. Nad referatami się oczywiście opracowałam jak głupia i mam nadzieję, że dostanę piątkę…

długi weekend z Mamusią (sobota)

W sobotę, po ciężkiej nocy wywlekłam się z łóżka dopiero koło 9. Wcale nie chciałam wstawać ale mąż zagroził rozwodem. Całą noc starałam się piątkowe doświadczenia zepchnąć do podświadomości i pewnie dlatego byłam taka zmęczona. Nawet symulowanie przeziębienia nie pomogło. Mąż nie miał dla mnie tego dnia litości. Czekała nas podróż i moje ociąganie tylko wszystko opóźniało. Wstałam więc zła i pyskując pod nosem polazłam do łazienki. Umyłam katastrofę fryzjerską, którą od tygodnia mam na głowie a zmęczenie zatuszowałam makijażem. Po śniadaniu zapakowałyśmy się we trzy (ja, męża siostra i Młoda) do auta a Mamusia z mężem poszli do sklepu aby z pustymi rękami do wujka nie jechać. W sklepie zeszło im chyba z pół godziny a my w aucie rzucałyśmy przekleństwami, których świat jeszcze nie zna. Młoda okazała się wyjątkowo twórcza tego dnia :D
Kiedy Mamusia wreszcie wyszła ze sklepu i przytachała to co kupiła, można było ruszać w drogę. Aby przeżyć tą podróż (na tylnym siedzeniu wraz z Mamusią)  zabrałam ze sobą wielgachne słuchawki, które podłączyłam do telefonu i delektowałam się muzyczką przez całe 1,5 godziny. Od czasu do czasu tylko widziałam mściwy wzrok Młodej, która siedziała z tyłu w środku, też miała słuchawki i mp3 tylko, że jej się bateryjki rozładowały. Było mi jej trochę szkoda ale słyszałam, że dzisiejsza młodzież jest okropna to pewnie jej się należało.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, wysiedliśmy z auta i wleźliśmy do mieszkania wujka. Chciałam skonać wtedy bo miałam przed sobą wizję nudnego dnia z kolesiem, którego nie znam i z Mamusią. Okazało się jednak, że wujek do którego przyjechaliśmy jest miłym, inteligentnym i zabawnym starszym panem z wigorem dwudziestolatka. Zaczęliśmy od powitania z całowaniem w rękę. Nie lubię tego ale jakoś przeżyłam a później przeszliśmy do oglądania 100-letniego zegara. Mamusia rozpakowała łakocie, które przywiozła i razem z wujkiem robili w kuchni herbatkę. Reszta ekipy zasiadła za stołem i tłumaczyli mi, kto to jest ten wujek i z jakiej d… strony. Po kilku minutach usłyszeliśmy jak to Mamusia tłumaczy wujkowi, że ona jest raczej niskociśnieniowcem i przez to będzie długo żyła. Mąż zły jeszcze po podróży powiedział do Mamusi: „tylko każdemu w koło podnosisz ciśnienie”. Mamusia nie usłyszała bo była zaaferowana robieniem herbaty i demolowaniem nie swojej kuchni.
Tych kilka godzin, które spędziliśmy u wujka zleciało na wspomnieniach z czasów kiedy mój mąż był jeszcze dzieciakiem w piżamce w baloniki. Fajnie było tego słuchać tym bardziej, że Mamusia wreszcie zamilkła. Rozmowy i wspomnienia były tylko co pół godziny przerywane dźwiękiem bijącego zegara, który wywoływał u mnie ciarki na plecach. Wisiał skurczybyk centralnie za mną i mimo ostrzeżeń Młodej, regularnie spadałam z krzesła ze strachu.
Około godziny 16 wracaliśmy już do domu. Oczywiście od razu po wejściu do auta założyłam na głowę słuchawki i miałam wszystko w nosie. Zanim dojechaliśmy do Krakowa chyba nawet zasnęłam na chwilę. Zdaje mi się, że siostrze męża trochę się nudziło bo piłowała paznokcie i chyba nawet udało jej się zrobić pełny manicure. Wspomnę tylko, że ona była kierowcą. 
W czasie podróży też zauważyłam, że Mamusia chyba medytuje. Nie znam się na tym za bardzo ale łączyła palec wskazujący z kciukiem i kładła ręce na kolanach prawie całą drogę a mi się to kojarzy z medytacją. Muszę jej zapytać o co biega. A niech stracę!
Po powrocie do domu Mamusia oznajmiła, że ona już dla nas zrobiła kolację, którą wstawiła do lodówki. Musieliśmy zjeść makaron z okrutnie słonym sosem.
Po kolacji postanowiliśmy jechać do galerii, połazić po sklepach. Razem z Młodą chciałyśmy zwiać przed Mamusią ale się tak przyczepiła, że się nie dało. Oglądałyśmy sukienki i udało mi się wygrzebać beżowe „coś” ze złotymi suwakami. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Pokazałam Mamusi żeby zobaczyła, że ja mam dobry gust a ona mi powiedziała, że ona coś takiego to może sama uszyć w jedno popołudnie. Chciałam ją podpuścić, żeby uszyła a ja to chętnie przyjmę w prezencie ale się dowiedziałam, że ona mi już ostatnio dała piękną sukienkę o następna mi niepotrzebna. Pierwszy raz w życiu w sklepie chciałam się rzucić na podłogę i płakać jak sobie przypomniałam to „cudo”, które dostałam od niej przed świętami. Tego wieczoru oczywiście nic nie kupiłam. Młoda też nie była zadowolona bo miałyśmy zamiar przynajmniej coś przymierzyć ładnego a dzięki Mamusi nam się to nie udało.
Pod koniec wycieczki poszliśmy tylko kupić kilka zgrzewek wody. W sklepie Mamusi się przypomniało, że musi koniecznie zjeść w niedzielę „schaboszczaka” więc kupiła kilo schabu i zapowiedziała mi, że do mnie należy smażenie. Straciłam humor chyba na zawsze…
Kiedy wróciliśmy do domu ja zamknęłam się w pokoju z siostrą męża aby lać żale na Mamusię i przy okazji przeglądnąć zawartość mojej szafy a mąż walczył uparcie próbując wcisnąć wszystkie butelki wody do jednej szafki.
Po jakimś czasie wszyscy byliśmy tak zmęczeni, że zalegaliśmy w łóżkach do samego wieczora. Mamusia domagała się oczywiście wiadomości z kraju i ze świata, więc mąż włączył jej Polsat News (wg. Mamusi- „Polsat Ńju”). Zajęła się telewizorem i był święty spokój.
Kiedy kładłam się do łóżka mój mąż próbował mnie pocieszyć mówiąc, że przecież już niedługo Mamusia pojedzie i wszystko wróci do normy. Dla zasady go tylko opierniczyłam na czym świat stoi i zasnęłam. Śniło mi się, że umarłam. Nie wiem czy to dobrze wróży ale mimo wszystko wstałam w lepszym humorze niż w sobotę.


długi weekend z Mamusią (piątek)

Witam wszystkich :)
W piątek kolejny raz zjawiła się u nas Mamusia. Z mieszanymi uczuciami powitaliśmy ją ok godziny 16 w naszych skromnych progach. Wizyta była zapowiedziana bo wiedziałam już o niej od męża siostry koło środy. Od tego dnia sprzątałam i rozkładałam otrzymane od Mamusi w prezencie obrusiki. Tuż przed Mamusi przyjazdem pochowałam obrusiki bo nie mogłam ich znieść i poszłam na żywioł. 
Mamusia przyjechała do nas z męża siostrą i siostrzenicą. Jak tylko otworzyłam drzwi zobaczyłam minę Młodej (siostrzenicy męża) mówiącą „Olaboga, zabijmy ją!”, która spędziła z Mamusią radosne 2,5 godziny w aucie. Wiedziałam co się święci…
Jak tylko wszyscy weszli do mieszkania to od razu od Mamusi otrzymałam dwa kwiatki tak wielkie, że nie widzę tramwajów przejeżdżających za oknem i garnek z jakąś potrawą. Garnek postawiłam na kuchni a kwiatkami zajął się mąż. Biegał z nimi biedny jakieś 15 minut i nie wiedział co ma zrobić (mamy całe dwa okna więc doktoratu nie potrzebował do wykonania tego zadania).  Przerosło to jednak jego najśmielsze oczekiwania i kwiatkami musiałam zająć się ja. Upchnęłam je na siłę na parapecie i zajęłam się podawaniem obiadokolacji, którą Mamusia targała ze sobą taki kawał drogi w tajemniczym wielgachnym garnku. Ja nie jadłam bo od świąt czuję się stara, gruba i brzydka.
Po kolacji się okazało, że nasz weekend jest dokładnie zaplanowany i sobotę musimy koniecznie odwiedzić jakiegoś wujka. Nie znam człowieka  ale Mamusia zarządziła wyprawę to nie mieliśmy wyjścia.  Planowaliśmy więc podróż męża siostrą a Mamusia kolejny raz zwiedzała mieszkanie. Chwilę później okazało się, że gniazdko w pokoju przestało działać a choinka, wieża i telewizor zgasły i zamilkły. Mamusia oczywiście galopem znalazła powód tej awarii i chciała gniazdko naprawić.  Mąż jej na to nie pozwolił w obawie, że do końca długiego weekendu będzie musiał zmagać się z porażoną prądem Mamusią. Był też trochę zły bo niedawno z kolegą cały dzień myśleli co się z tym gniazdkiem dzieje i nie wymyślili. Ich głowy nie są w stanie ogarnąć myśli technicznej tak jak Mamusia.
Wieczorkiem dowiedziałam się, że moje szafki w kuchni zostały już dokładnie przeszukane i że nie powinnam pić kawy zbożowej bo przecież mam skłonności do tycia.  Faktycznie mam takie skłonności ale szlag mnie trafia kiedy mi ktoś o tym ciągle przypomina. Dowiedziałam się także od Mamusi – specjalistki od wszelakich diet, że najlepszą dietą jest jedzenie samego makaronu. Zdurniałam! Może ja się nie znam ale zawsze mi się wydawało, że jest wręcz odwrotnie. Nie podejmowałam tematu tylko zatopiłam się w rozpaczy jeszcze starsza, jeszcze grubsza i jeszcze brzydsza niż zwykle. Postanowiłam unikać Mamusi ale nie było to łatwe na czterdziestu metrach kwadratowych
Późnym  wieczorem położyliśmy Mamusię spać a reszta ferajny udała się do drugiego pokoju aby po cichutku i w tajemnicy napić się piwa. Czas nam szybko zleciał i zrobiło się naprawdę późno.
Kiedy już sama się położyłam i mi się przypomniało, że Mamusia zostaje u nas tak długo, chciało mi się płakać i miałam straszliwą ochotę na papierosa. Nie palimy z mężem już jednak od jakiegoś czasu i musiałam wziąć się szybko w garść. Zasnęłam więc wkurzona a rano obudziłam się zmęczona jak po przewaleniu tony węgla. Dzień jednak miał się dopiero zacząć…