sobota, 31 grudnia 2011

2012

Wszystkiego najlepszego w nadchodzącym 2012 roku dla wszystkich, którzy tu wpadają :)

środa, 28 grudnia 2011

Mamusia i jej siostra atakują

Witam wszystkich :)
Jak po każdej wizycie u Mamusi, tak i tym razem mam zamiar wylać swoje żale. Boże Narodzenie było dla mnie w tym roku wyjątkowo brutalne.
W piątek pojechaliśmy z mężem do miejscowości, w której mieszkają nasze mamy. Jak co roku mieliśmy tam spędzić święta. Zabraliśmy się ze znajomymi, którzy mieszkają w naszej okolicy. W trakcie podróży okazało się, że Mamusia zażyczyła sobie żeby się u niej stawić jeszcze tego samego dnia. Nie mieliśmy wyboru i późnym wieczorem od razu pojawiliśmy się na audiencji.
Okazało się przy okazji, że do Mamusi przyjechała jej siostra. Ta sama, która nas kiedyś odwiedziła w Krakowie. Mamusia chciała nas widzieć bo miała ważną sprawę do mnie. Tą ważną sprawą była „piękna” sukienka, którą Mamusia zakupiła dla mnie w szmateksie. Nie mam nic do ubrań ze szmateksu ale to co Ona tam kupiła to już jest jakaś totalna przesada. I to już nawet nie jest śmieszne.  Tym razem przywlekła długaśną do ziemi kieckę, całą powyklejaną cekinami i koralikami (przy oglądaniu połowa z nich odpadła) i dodatkowo z dziurą. Mamusia doskonale wie, że u mnie w szafie jest fura kiecek jeszcze z metkami, które dostaję od siostry a i tak zwleka mi do domu rzeczy, których nigdy nie będę nosić. Nie wiem jaki ma w tym cel. Widok tej kiecki i tekst Mamusi, że wreszcie będę modna w sylwestra rozłożył mnie na łopatki i popsuł mi humor na całe święta.
W sobotę rano nie było lepiej. Obrywało się każdemu, kto się pojawił w polu widzenia. Dla bezpieczeństwa sąsiadów nie wychodziłam tego dnia z domu. Udało mi się jednak jakoś dotrwać do wieczora. Wigilia jakoś minęła i już mieliśmy się z mężem wybierać do Mamusi w odwiedziny jak okazało się, że moja mama źle się czuje. Nie mogłam iść i jej zostawić. Wysłałam męża samego mając w nosie to czy Mamusia strzeli focha czy nie.
Po jakiejś godzinie mąż wrócił do domu i powiedział mi, że Ciocia kazała mi przekazać, że jak moja mama się źle czuje to się powinna wybrać do chirurga. Zaczęliśmy się wtedy oboje zastanawiać co ten niby chirurg miałby jej wyciąć albo przeszczepić żeby się lepiej poczuła ale za Cioci myśleniem nikt jeszcze nie nadążył więc porzuciliśmy temat. Tego wieczoru wcześnie poszliśmy spać bo wiedzieliśmy, że dnia następnego czekają nas odwiedziny u Mamusi.
W niedzielę wstaliśmy wyjątkowo późno i w gości zbieraliśmy się wyjątkowo długo.  Nałożyłam chyba z 7 warstw makijażu i przebrałam się z 10 razy by oczywiście wyjść w stroju, który wybrałam jako pierwszy. Z wyjściem w gości zwlekaliśmy tak długo jak się tylko dało. Nie mogliśmy tego robić w nieskończoność i telefon od Mamusi skutecznie przyspieszył proces wyjścia z domu mojej mamy.
Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że Mamusia i Ciocia już nas oczekują przy zastawionym stole. Od razu przy wejściu poprosiłam o wino bo nie widziałam innego sposobu przeżycia tych kilku godzin. Kiedy już zasiedliśmy z mężem przy stole zaczęło się nauczanie Mamusi obsługi komputera, który sobie niedawno zakupiła aby być Mamusią multimedialną. Wiedziałam, że zmysł pedagogiczny mojego męża jeszcze się na nim zemści. Nie musiałam długo czekać bo po jakichś 10 minutach to Mamusia tłumaczyła mojemu mężowi jak działa skype i kilka innych programów.
Kiedy mąż zaczął z drugiego końca stołu robić do mnie miny ja zagadałam Ciocię na temat pogody w Warszawie. Ciocia do tej pory przysłuchująca się komputerowym naukom stwierdziła, że taki komputer to chyba nawet lepszy wynalazek niż telefon stacjonarny. Nie wiedziałam jak to skomentować i z uporem maniaka kontynuowałam tematy meteorologiczne. Chwilę później lekcja informatyki już się zakończyła i Mamusia stwierdziła, że ona i tak już wszystko wie.
Jakoś tak w połowie drugiej lampki wina, kiedy już się zaczęłam delikatnie znieczulać ktoś podjął temat dentystów i leczenia zębów. Przyznałam się nieopatrznie do ostatnio przebytego leczenia kanałowego i kwoty jaką za nie zapłaciłam. Natychmiast się od Cioci dowiedziałam, że mój ząb jest źle leczony, źle wygląda i w Warszawie już się to robi inaczej. Oczywiście też za dużo zapłaciłam. Pomyślałam sobie, że mój źle wyleczony ząb wygląda całkiem dobrze skoro nawet nie widać po nim żadnej ingerencji. Jedno pytanie tylko mnie do dziś dręczy: skąd Ciocia wie, że mój ząb źle wygląda jeśli chodzi o górną ósemkę. Nic, tylko rentgen w oczach.
Kiedy temat zębów został zakończony dowiedziałam się od Cioci kolejnej interesującej rzeczy. Nie wiem czy macie świadomość, że gładzie gipsowe są niezdrowe!? Nie zapytałam tylko czy trzeba się nimi natrzeć czy najeść żeby tej „niezdrowości” doświadczyć. Mąż szturchał mnie pod stołem z błaganiem w oczach żeby tego tematu nie ciągnąć. Dałam więc spokój.
Kolejnym równie ważnym tematem poruszanym przez Ciocię i Mamusię było działanie leków na trawienie. Nie podejmowałam tematu, piłam swoje wino zerkając na choinkę, która z każda minutą była jakby delikatnie bliżej drzwi. A może to przez wino. Nie wiem.
Z przemyśleń wyrwał mnie dopiero tekst Mamusi, że przygotowała dla mnie coś w kilogramowych, plastikowych wiadereczkach. Wytrzeźwiałam szybko i pomyślałam sobie: „Boże! Niech to nie będzie smalec!”. Na szczęście nie był to smalec ale równie tłusta galareta wieprzowa. Tak czy siak wiedziałam, że nie pojem a zatargać do Krakowa to będzie trzeba. Targanie klamotów na szczęście już przed wyjazdem zwaliłam na męża.
Kulminacyjnym punktem wieczoru było oglądanie sześciu plisowanych spódnic Mamusi, które zakupiła po tym jak jej powiedziałam, że są modne. Kupiła także, przeźroczystą, plastikową torebkę ale z tym to ja już nie miałam nic wspólnego.
Jakoś dotrwaliśmy do końca spotkania i powoli powlekliśmy się do domu. Nie sami jednak. Ciocia i Mamusia postanowiły nas odprowadzić. Chciały spalić trochę kalorii po długim biesiadowaniu. Miały chyba też ochotę trochę się wystroić. Ciocia miała granatowy płaszcz i zielony kapelusz, które gryzły się ze sobą jak szlag a Mamusia postawiła na kolorystyczny minimalizm i cała była w beżu. Nie wiem czy zamierzoną ekstrawagancją było założenie kapelusza z kwiatkiem tył na przód czy to przypadek. Co by to nie było to i tak miałam ubaw przez całą drogę. Widać nawet potylicę można sobie czasami przystroić. Dobrze, że nie światełkami choinkowymi :D
Kiedy dotarliśmy do domu mojej mamy, oboje z mężem na resztę wieczora zalegliśmy przed telewizorem. Znajomi nas olali więc nie pozostało nam nic jak tylko błogie lenistwo.
W poniedziałek rano musieliśmy się już zbierać do domu bo we wtorek trzeba było iść do pracy. Mąż odebrał wałówę od Mamusi i ruszyliśmy w drogę. Mamusia jednak nie zabezpieczyła jedzenia, które nam dała i wszystko rozmarzło. Dlatego od poniedziałku jemy tylko pierogi. To znaczy mąż je bo ja się odchudzam :D

piątek, 23 grudnia 2011

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń i dużo świętego spokoju (tego życzę bardziej sobie :) )

A po Świętach dalszy ciąg moich opowieści o przygodach Mamusi i być może instrukcja jak uciszyć teściową przy użyciu 12 wigilijnych potraw i zastawy stołowej :D

trzymajcie za mnie kciuki :D

piątek, 2 grudnia 2011

światło i dźwięk

Witam :)
Nie byłam ostatnio u Mamusi ale muszę Wam coś opowiedzieć. Sytuacja, którą Mamusia ostatnio spowodowała postawiła na nogi pół wsi, w której mieszka. To, że Mamusi nikt nie podskoczy to ja wiem ale żeby nawet Matka Natura? Może opowiem od początku…
Jakieś 2 albo 3 tygodnie temu w sobotę jak to bywa często jesienią Mamusia sprzątała sobie koło domu. Grabiła liście walcząc z wiatrem, a że podwórko ma raczej duże to długo wszystko trwało. Ciężka praca trwała do wieczora i właśnie tuż przed zmrokiem Mamusia napotkała na problem. Co zrobić z furą liści co się je cały dzień grabiło? No jak to co? Trzeba podpalić! Zasmrodzić sąsiadom pranie, spowodować znaki dymne, po których resztka rdzennych Siuksów i Czipewejów wyrżnie się w pień. A co! Mamusi nie wolno?
Jak pomyślała, tak zrobiła. Podpaliła stertę liści, a że jest odpowiedzialna (o czym mogliśmy się już niejednokrotnie przekonać) to postanowiła dopilnować aby wszystko bezpiecznie się wypaliło do ostatniego listeczka. Mamusia jest nie tylko odpowiedzialna ale także szybko bywa znudzona (o tym też się już przekonałam i przez to mam pierwsze siwe włosy) i czekała przy ognisku do przedostatniego listeczka. Mimo wredoty Matki Natury udało się wyzbierać wszystkie liście i zrobić trawnikom zaczeskę z tego co jeszcze na nich zostało. Mamusia upewniła się, że ognisko się wypaliło i zgasło, po czym udała się do domu na zasłużony odpoczynek. Jakiś czas później usłyszała syrenę strażacką. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie to, że syrena natrętnie i głośno wyła tuż koło jej domu. Mamusia wyszła na zewnątrz. I co się okazało? Stojąca koło ogrodzenia potężna akacja sąsiada stała w płomieniach jak pochodnia. Już to widzę oczami wyobraźni jak się Mamusi ze zdziwienia trwała ondulacja prostuje :D
Okazało się, że stara i sucha akacja nie daje się tak łatwo ugasić i trzeba wezwać drugi wóz strażacki. Ci sąsiedzi co nie słyszeli pierwszego mieli na szczęście szansę usłyszeć drugi. Sądzę, że cała wieś miała tego wieczora atrakcję pt. „światło i dźwięk”. 
Tak to się skończyło sprzątanie Mamusi. Nawet akacja u sąsiada została dokładnie wysprzątana, po Mamusiowemu -  do ostatniego listeczka. :D
Morał z tego może być tylko jeden: u Mamusi nawet Matka Natura ma przewalone.