czwartek, 15 września 2011

"szoping" z Mamusią

W piątek wieczorkiem pojechaliśmy do naszej rodzinnej miejscowości bo w sobotę miał być u mnie rodzinny zjazd przy kiełbasie i karkówce z grilla. Dotarliśmy do mojej mamy późno wieczorem i od razu poszliśmy spać. W sobotę rano zaczęłyśmy z mamą szykować imprezę a po południu nadjechali goście. Czas szybko zleciał jak to bywa zazwyczaj na imprezach. W niedzielę rano moja mama próbowała mnie przekabacić żebym jeszcze nie wracała do domu. Dałam się namówić a pomógł mi w tym kac, który od rana mną targał. Mąż po południu wrócił do Krakowa bo w poniedziałek musiał iść do pracy a ja zostałam. Myślałam, że spędzę spokojnie czas bawiąc się z psem i odwiedzając koleżanki. Ależ się myliłam! W niedzielę wieczorem jakiś szpieg (jeszcze nie wiem kto, ale się dowiem) doniósł Mamusi, że nie pojechałam. Mamusia natychmiast do mnie zadzwoniła proponując mi wspólny wypad na zakupy. Chciałam odmówić ale tak dawno nie byłam na zakupach, że się skusiłam. Coś tak czułam, że będę cierpieć. Chyba pierwszy raz w życiu intuicja mnie nie zawiodła. Zazwyczaj nie potrafię nawet deszczu przewidzieć chociaż ludzie chodzą z parasolami.
Spotkałyśmy się z Mamusią w poniedziałek rano na przystanku autobusowym i pojechałyśmy do oddalonego o 20 km miasta. Podróż minęła prawie spokojnie. Napisałam „prawie” bo Mamusia zjadła na śniadanie chyba worek cebuli i jej chuch był zabójczy. Dobrze, że byłyśmy w tym autobusie tylko 25 minut bo bym się udusiła. Próbowałam nie oddychać jak do mnie mówiła. Niedotleniona ale mimo wszystko zadowolona wysiadłam z Mamusią z autobusu i poszłyśmy do jej ulubionego szmateksu. Pod drzwiami stał już tłum ludzi zachowujących się tak, jakby od kupowania ubrań zależały losy świata. O godzinie 9 otworzyły się drzwi sklepu i tłum jak szalony wpadł do środka. Mamusia pobiegła w jedną stronę a ja niezwłocznie udałam się w drugą. Spokojnie polowałam sobie na jakiś fajny ciuszek. Po kilku minutach zobaczyłam, że Mamusia się zbliża. Szukała sobie czegoś na wieszakach ubrana w… szlafrok! I to męski! Kolejny raz poczułam się jak góral co ma kierpce na rzepy. Postanowiłam się dyskretnie oddalić. Bardzo bym była zdziwiona gdyby mi się to udało. Mamusia oczywiście od razu mnie wytropiła w tłumie i cały czas ubrana w szlafrok pokazywała mi jakie rewelacyjne ubrania znalazła dla mojego męża (stwierdziła od razu, że takiej okazji nie może zmarnować i to kupi). Były to trzy koszulki z długim rękawem. Mi też się podobały tym bardziej, że były damskie. Ucieszyłam się bo za chwilę miałam się wzbogacić o trzy fajne bluzeczki, których z wiadomych powodów mój mąż nie będzie nosił. Znalazłam sobie jeszcze dwie pary spodni i sukienkę. Mamusia oczywiście cały czas się upierała, że się w to nie zmieszczę ale moja miarka w oczach jeszcze mnie nigdy nie zawiodła. Po godzinie łowów już totalnie nie miałam siły i chciałam zakończyć te szmateksowe zakupy. Mamusia jednak dopiero się rozkręcała. Z nudów znalazłam jej dwie spódnice z których o dziwo się ucieszyła. W rewanżu ona znalazła mi sweter. Kolor miał ładny ale był o kilka rozmiarów za duży. Powiedziałam, że to nie jest sweter na mnie ale dowiedziałam się tylko, że osoby otyłe(?) jak ja powinny się bardziej zakrywać. Na szczęście sweter miał niewielką dziurę pod pachą i tym się od niego wybroniłam. Kiedy minęła następna godzina Mamusia miała już 3 pełne koszyki a ja myśli samobójcze. To jednak jeszcze nie był koniec. Znalazła wspaniałą męską kurtkę (skórzaną, totalnie zniszczoną i do tego jeszcze z plamą). Postanowiła jej nie kupować i zaczekać do wtorku jak będzie za 1 zł. Wymyśliła, że wyśle po nią swoją córkę, która mieszka w okolicy. Na przemyśleniach na temat kurtki zleciała następna godzina a mnie już tak bolały nogi, że chciało mi się płakać. W końcu stwierdziła, że jej gorąco i musimy iść. Jakby nie miała na sobie tego puchatego szlafroka to spędziłybyśmy tam chyba jeszcze ze dwie godziny. Poszłyśmy do kasy, zapłaciłyśmy za zakupy i pojechałyśmy autobusem do domu. Jak już byłyśmy na miejscu Mamusia zaproponowała mi, że jak któreś spodnie będą za długie to mam przyjść i ona mi je skróci. Pech chciał, że jedne były za długie i musiałam wieczorem się do niej wybrać. Wpadłam do niej z nadzieją, że wszystko pójdzie szybko. Nie poszło! Mamusia przez 20 minut nawlekała nitkę na igłę. Nie mogłam tego znieść i zrobiłam to za nią. Muszę wspomnieć, że szycie nie odbywało się w domu tylko na podwórku bo widniej. Trwało to ponad godzinę. Było coraz ciemniej i coraz bardziej gryzły komary. Już myślałam, że nie wysiedzę. Jakoś jednak wytrzymałam bo miałam długie spodnie i bluzkę z długim rękawem i komary głównie chlały Mamusię po nogach bo miała szorty :D
Ze skróconymi spodniami wróciłam do siebie do domu i już bez kolacji poszłam spać. Pierwszy raz od dawna nie miałam problemu z zaśnięciem. Zwyczajnie padłam ze zmęczenia. Następnego dnia rano byłam szczęśliwa, że wracam do Krakowa. Najpierw zadzwoniłam do siostry męża, aby jej powiedzieć, żeby przypadkiem nie znalazła tej skórzanej kurtki co Mamusia dzień wcześniej upatrzyła. Na szczęście siostra męża nawet się po nią nie wybierała. Moje poranne szczęście nie trwało długo bo od rana do południa Mamusia dzwoniła do mnie chyba z 8 razy. Postanowiła nam naszykować trochę jedzenia bo pewnie jak zwykle u nas nic nie ma i konsultowała telefonicznie ze mną każdy słoiczek z grzybami, każdego kotleta i każdego pieroga, które wkładała do torby. Kiedy telefony wreszcie ucichły postanowiłam pomóc mamie i pojechałyśmy posprzątać na cmentarz. Kiedy wróciłyśmy do domu miałam 4 połączenia nieodebrane od Mamusi (nie zabrałam ze sobą telefonu. No bo i po co?). Musiałam niestety oddzwonić. Dowiedziałam się, że Mamusia znalazła dla mnie świetną spódniczkę, którą koniecznie musi mi dać i mam szybko do niej przyjechać. Pojechałam najszybciej jak mogłam ale najpierw zjadłam obiad, poleżałam, pobawiłam się z psem, zadzwoniłam do koleżanki i do męża. W końcu się do Mamusi wybrałam. Weszłam do domu (drzwi były otwarte) i nikogo tam nie zastałam. Obeszłam cały ogród i też nikogo nie było. Zaczęłam ją wołać ale cisza. Nagle coś trzasnęło obok domu. Poszłam to sprawdzić i zobaczyłam, że Mamusia razem z gałęzią z orzecha siedzi na trawie. Powiedziała mi, że zrywała orzechy i spadła. Pomyślałam sobie, że jak się w wieku 60 lat łazi po drzewach to trzeba się z tym liczyć, że można spaść (no do góry się raczej nie poleci). Nic się na szczęście Mamusi nie stało bo od gałęzi na której stała do ziemi było całe pół metra. Zwierzyła mi się jeszcze przy okazji, że strasznie boli ją głowa. Miałam zapytać czy to czasami aureola ją w głowę nie ciśnie ale się powstrzymałam. Zaproponowałam tabletkę przeciwbólową ale stwierdziła, że ona trucizn nie łyka. Poszłyśmy w końcu do domu i dostałam spodniczkę. Spódniczka była ciulowa (tzn. tiulowa :D) w kolorze wściekło różowym i tylko trochę za duża. Dawała mi ją z tekstem „chciałam ci dać coś w czym na pewno będziesz chodzić”. Heh! Żebyś się nie zdziwiła! Podziękowałam oczywiście i pojechałam do domu. Godzinkę później przyjechała po mnie siostra męża i odwiozła mnie do Krakowa.

PS. Mamusia oczywiście nie kupiła szlafroka, w którym paradowała przez 3 godziny po sklepie ale przynajmniej się od niej dowiedziałam, że to nie był szlafrok tylko płaszcz kąpielowy. No, jak zwał, tak zwał…

5 komentarzy:

  1. az sie boje jak se poczytam o naszej wizytacjii.upppss

    OdpowiedzUsuń
  2. mamusia rulez !!!!! tak wogole

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszę się, że dałaś się namówić, już dodaję do zakładki "ulubione", aż sobie konto założyłam, żeby móc komentarze zostawiać.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. "mata!" to "biere" i obserwuję! :D

    OdpowiedzUsuń