sobota, 3 września 2011

smalec i płonące róże

W zeszłym tygodniu Mamusia zadzwoniła i powiedziała, że zjawi się u nas na weekend. Jak zaraza nadciągnęła w piątek wieczorem. Jak zwykle z mężem odstawiliśmy z rana rytualne już sprzątanie. Odkurzanie, czyszczenie, mycie okien, wietrzenie, chowanie piwa (dwa poprzednie jeszcze się nie znalazły), chowanie popielniczki, trzepanie dywanu itd. Postanowiłam zawiesić także zasłony, które dostałam od Mamusi, a które niezwłocznie zdjęłam zaraz po jej wyjeździe. Umęczyłam się jak jakiś głupek ale mi się udało zawiesić je tak jak Mamusia przykazała. Na cały weekend jak zwykle postanowiliśmy rzucić palenie.
 Mamusia nadciągnęła około godziny 19 i od razu nam powiedziała, że ona taka nie jest, żeby przyjechać z pustymi rękami. Oczywiście dary przywiezione od Mamusi przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Dostaliśmy obrus w kolorze… hmm. Połączenie brązowego, czerwonego, zielonego i może żółtego z przewagą brązowego oczywiście. Coś jak kolor zmyślony przez mojego ojca – nordyk podpalany albo karmelikowy w kratkę. Pomyślałam sobie z nadzieją, że może szybko się barszczem czerwonym zachlapie. Do pięknego obrusa Mamusia dołożyła nam oczywiście serwety na komodę i stolik do kawy w identycznym niezidentyfikowanym kolorze. Prawie mi puściły nerwy jak zaczęła mi to rozkładać na meblach i wypaliłam: ale to do zasłon nie pasuje! Mamusia zdębiała. Jest chyba jednak mądrzejsza ode mnie i przejrzała mój chytry plan. „ale do tego pasuje”- odpowiedziała i wyciągnęła z walizki dwie wielkie róże, które służą do naklejenia na ścianę. „o Matko Boska!” jęknął mąż pod nosem i natychmiast stwierdził, że niezwłocznie musi się udać ze śmieciami. Wiadomo z czym to się wiąże. Zabrał mi jedyny powód wyjścia z domu. Oczywiście naklejki na ścianę przyjęłam z genialnie udawaną radością. Powiedziałam, że jak tylko przemalujemy mieszkanie to je natychmiast nakleimy. Mamusia stwierdziła, że powinnam je nakleić koło stołu to nie będę musiała stawiać kwiatów w wazonie. Nie wiem czemu ale wolę jednak mieć czasami coś w wazonie co nie jest „made in china”. Zaniosłam róże do drugiego pokoju i położyłam je na półce podświetlanej od spodu dwoma halogenami. Kiedy wrócił mąż z „wynoszenia śmieci” postanowiłam położyć Mamusię od razu spać żeby nie osiwieć. Przy ścieleniu łóżka dowiedziałam się, że spanie w żółtej pościeli nie służy zdrowiu (?) ale ona jakoś wytrzyma. Nawet tego nie skomentowałam. Mamusia postanowiła nie iść od razu spać bo ma dla nas jeszcze prezenty. Poczułam trwogę! Przytargała walizkę do naszej sypialni i wyciągnęła z niej… wiadro smalcu! Mąż parsknął śmiechem, powiedział: „muszę szybko, ten tego… iść” i udał się (dusząc się już ze śmiechu) do drugiego pokoju w celu bliżej nieokreślonym. Podziękowałam za smalec i już miałam zapytać czy to do jedzenia czy do nasmarowania skrzypiących sprzętów w domu. Dowiedziałam się, że do jedzenia oczywiście mając nadzieję, że nie będzie mi kazała tego jeść bo właśnie się odchudziłam 26 kilo. Powstrzymałam się jednak jak wiele razy wcześniej. Położyliśmy się spać koło 21 z nadzieją, że ten dzień szybciej się skończy. Nie skończył się! Chwilę po 21 usłyszeliśmy z sypialni wrzask Mamusi: pali się!! Zerwaliśmy się szybko i pobiegliśmy do pokoju w którym jej pościeliłam. I wiecie co? Rzeczywiście się paliło! Zapaliły się róże-naklejki które przez nieuwagę położyłam na tych halogenach co podświetlają półkę. Mąż zabrał płonące róże do łazienki i ugasił je w wannie po czym poszłyśmy z Mamusią ocenić straty. Okazało się, że we wszystkich trzech naklejkach dokładnie na środku wypaliły się dziury. „no i problem naklejek się rozwiązał” pocieszył nie mąż. Wietrząc mieszkanie z zapachu palonego plastiku teatralnie ubolewałam nad stratą nie mogąc ukryć uśmiechu na twarzy. Kiedy mąż mi powiedział, że mam minę jak „sra…. kot na pustyni” uspokoiłam się i poszliśmy spać.
W sobotę rano (jak zwykle kiedy jest u nas Mamusia albo jakiś inny gość z jej miotu) poszłam pobiegać dla zdrowia. Po wypaleniu połowy paczki fajek z dwoma dresami z osiedla wróciłam do domu zadowolona z zawarcia nowych znajomości. Mamusia zrobiła śniadanie ale nie jadłam bo był smalec. W okolicy obiadu był smalec z ogórkami kiszonymi. Zjedliśmy z mężem tylko ogórki. Nie pozwoliła mi gotować (co zajmuje trochę czasu) bo przyszedł czas na nauki księgowości. Usiadła na kanapie i zaczęła nam po kolei cytować paragrafy z kodeksu pracy. Serio myślałam, że umrę. Nie wiem ile tak siedzieliśmy ale zadek poważnie mnie rozbolał. Po południu pojechaliśmy na wycieczkę po uwielbianych przez Mamusię centrach handlowych. Na szczęście nie budowlanych. Postanowiła nam kupić lody. Po porannym widoku smalcu na stole nie miałam ochoty nawet na darmowe lody. Postanowiłam pooglądać ubrania. Poszłam sobie sama pozostawiając męża na pastwę losu w lodziarni z Mamusią. Miałam jakieś pół godziny spokoju. Poprawiłam sobie humor grając w moją ulubioną grę o nazwie: „przymierzam-odwieszam-wychodzę”(gra udaje się tylko w galerii - nie próbujcie tego w domu a szczególnie w cudzym domu :D). jakoś tak zleciał cały dzień. Wróciliśmy na kolację, którą też zrobiła Mamusia. Zgadnijcie co było? Nie jadłam! Po kolacji Mamusia wysłała męża po jakieś dobre wino. Ucieszyłam się bo byłam niebotycznie głodna a 3 kiszone ogórki zjedzone na obiad to raczej mało mimo diety. Mąż przyniósł moje ulubione półsłodkie winko i walczył z korkiem w kuchni a Mamusia tłumaczyła mi gdzie pracował jakiś jej znajomy Bogdan i dlaczego. Było to totalnie nudne może dlatego, że nie znam człowieka. Los mi jednak sprzyjał i mąż przyszedł z winem i kieliszkami. Miałam nadzieję, że teraz Mamusia wreszcie zamilknie. Mamusia nam nalała bo tylko ona wie jaka ilość wina nie szkodzi. Dostało mi się tak na oko jakieś 20 kropli. Serio! Nie wiedziałam czy mam się tego napić czy się tym natrzeć! Powiedziałam, że raczej nie mam ochoty na wino i z biesiady wywinęłam się bólem głowy. Poszłam spać i obudziłam się w niedzielę ok 9 rano. Słyszałam, że Mamusia już krząta się w kuchni i od razu się przeraziłam, że znów będzie smalec i pewnie umrę z głodu. Chcąc pożegnać się z rodziną i pożalić zadzwoniłam do mojej mamy. Opowiedziałam jej wszystko a w odpowiedzi usłyszałam w słuchawce tylko totalnie bezczelny śmiech. Normalnie żadnego wsparcia od najbliższej rodziny. Mąż zaraz za mną wygrzebał się z łóżka i radosnym głosem oznajmił mi, że Mamusia przecież dziś jedzie. Przyznam, że trochę poprawiło mi to humor. Poszliśmy na śniadanie. Kto z Was uważa, że było to co w sobotę niech wyśle sms o treści „smalec” na numer… Normalnie się załamałam! Oczywiście nie jadłam. Przed wyjazdem Mamusia oznajmiła mi, że strasznie się zmęczyła robiąc mi rano porządki w kosmetykach i te kończące się już kredki do oczu wywaliła do śmietnika w łazience obiecując jednocześnie, że kupi mi nowe. Śmieci jednak nie wyniosła bo nie miała klucza do śmietnika. Poszłam do łazienki ratować to co jeszcze tam zostało i przy okazji umyć włosy. Jak już wygrzebałam ze śmietnika jedną rzeczywiście starą kredkę i dwie całkiem nowe z estee lauder, które dostałam od siostry, umyłam włosy. Tuż przed wyjazdem nakłamałam mężowi i Mamusi, że strasznie boli mnie głowa i naprawdę nie mogę jej odwieźć na dworzec. Mąż od razu zaczaił, że zwyczajnie zaraz mi nerwy puszczą i Mamusia zamiast tramwajem na ten dworzec dojedzie na moich kopach. Odwiózł ją na ten dworzec dając mi chwilę świętego spokoju wreszcie sam na sam z lodówką.

Ta wizyta była najgorsza ze wszystkich spotkań z Mamusią ale są i plusy. Do dziś nie palę i schudłam 1,5 kg dzięki widokowi smalcu :D

Ps. Tuż po wyjeździe ciężkie zasłony Mamusi tak obciążyły karnisz, że wyrwały go ze ściany razem ze śrubami. Nie mamy więc karnisza na razie ale nie mamy też zasłon! :DD
Amen!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz