czwartek, 15 września 2011

"szoping" z Mamusią

W piątek wieczorkiem pojechaliśmy do naszej rodzinnej miejscowości bo w sobotę miał być u mnie rodzinny zjazd przy kiełbasie i karkówce z grilla. Dotarliśmy do mojej mamy późno wieczorem i od razu poszliśmy spać. W sobotę rano zaczęłyśmy z mamą szykować imprezę a po południu nadjechali goście. Czas szybko zleciał jak to bywa zazwyczaj na imprezach. W niedzielę rano moja mama próbowała mnie przekabacić żebym jeszcze nie wracała do domu. Dałam się namówić a pomógł mi w tym kac, który od rana mną targał. Mąż po południu wrócił do Krakowa bo w poniedziałek musiał iść do pracy a ja zostałam. Myślałam, że spędzę spokojnie czas bawiąc się z psem i odwiedzając koleżanki. Ależ się myliłam! W niedzielę wieczorem jakiś szpieg (jeszcze nie wiem kto, ale się dowiem) doniósł Mamusi, że nie pojechałam. Mamusia natychmiast do mnie zadzwoniła proponując mi wspólny wypad na zakupy. Chciałam odmówić ale tak dawno nie byłam na zakupach, że się skusiłam. Coś tak czułam, że będę cierpieć. Chyba pierwszy raz w życiu intuicja mnie nie zawiodła. Zazwyczaj nie potrafię nawet deszczu przewidzieć chociaż ludzie chodzą z parasolami.
Spotkałyśmy się z Mamusią w poniedziałek rano na przystanku autobusowym i pojechałyśmy do oddalonego o 20 km miasta. Podróż minęła prawie spokojnie. Napisałam „prawie” bo Mamusia zjadła na śniadanie chyba worek cebuli i jej chuch był zabójczy. Dobrze, że byłyśmy w tym autobusie tylko 25 minut bo bym się udusiła. Próbowałam nie oddychać jak do mnie mówiła. Niedotleniona ale mimo wszystko zadowolona wysiadłam z Mamusią z autobusu i poszłyśmy do jej ulubionego szmateksu. Pod drzwiami stał już tłum ludzi zachowujących się tak, jakby od kupowania ubrań zależały losy świata. O godzinie 9 otworzyły się drzwi sklepu i tłum jak szalony wpadł do środka. Mamusia pobiegła w jedną stronę a ja niezwłocznie udałam się w drugą. Spokojnie polowałam sobie na jakiś fajny ciuszek. Po kilku minutach zobaczyłam, że Mamusia się zbliża. Szukała sobie czegoś na wieszakach ubrana w… szlafrok! I to męski! Kolejny raz poczułam się jak góral co ma kierpce na rzepy. Postanowiłam się dyskretnie oddalić. Bardzo bym była zdziwiona gdyby mi się to udało. Mamusia oczywiście od razu mnie wytropiła w tłumie i cały czas ubrana w szlafrok pokazywała mi jakie rewelacyjne ubrania znalazła dla mojego męża (stwierdziła od razu, że takiej okazji nie może zmarnować i to kupi). Były to trzy koszulki z długim rękawem. Mi też się podobały tym bardziej, że były damskie. Ucieszyłam się bo za chwilę miałam się wzbogacić o trzy fajne bluzeczki, których z wiadomych powodów mój mąż nie będzie nosił. Znalazłam sobie jeszcze dwie pary spodni i sukienkę. Mamusia oczywiście cały czas się upierała, że się w to nie zmieszczę ale moja miarka w oczach jeszcze mnie nigdy nie zawiodła. Po godzinie łowów już totalnie nie miałam siły i chciałam zakończyć te szmateksowe zakupy. Mamusia jednak dopiero się rozkręcała. Z nudów znalazłam jej dwie spódnice z których o dziwo się ucieszyła. W rewanżu ona znalazła mi sweter. Kolor miał ładny ale był o kilka rozmiarów za duży. Powiedziałam, że to nie jest sweter na mnie ale dowiedziałam się tylko, że osoby otyłe(?) jak ja powinny się bardziej zakrywać. Na szczęście sweter miał niewielką dziurę pod pachą i tym się od niego wybroniłam. Kiedy minęła następna godzina Mamusia miała już 3 pełne koszyki a ja myśli samobójcze. To jednak jeszcze nie był koniec. Znalazła wspaniałą męską kurtkę (skórzaną, totalnie zniszczoną i do tego jeszcze z plamą). Postanowiła jej nie kupować i zaczekać do wtorku jak będzie za 1 zł. Wymyśliła, że wyśle po nią swoją córkę, która mieszka w okolicy. Na przemyśleniach na temat kurtki zleciała następna godzina a mnie już tak bolały nogi, że chciało mi się płakać. W końcu stwierdziła, że jej gorąco i musimy iść. Jakby nie miała na sobie tego puchatego szlafroka to spędziłybyśmy tam chyba jeszcze ze dwie godziny. Poszłyśmy do kasy, zapłaciłyśmy za zakupy i pojechałyśmy autobusem do domu. Jak już byłyśmy na miejscu Mamusia zaproponowała mi, że jak któreś spodnie będą za długie to mam przyjść i ona mi je skróci. Pech chciał, że jedne były za długie i musiałam wieczorem się do niej wybrać. Wpadłam do niej z nadzieją, że wszystko pójdzie szybko. Nie poszło! Mamusia przez 20 minut nawlekała nitkę na igłę. Nie mogłam tego znieść i zrobiłam to za nią. Muszę wspomnieć, że szycie nie odbywało się w domu tylko na podwórku bo widniej. Trwało to ponad godzinę. Było coraz ciemniej i coraz bardziej gryzły komary. Już myślałam, że nie wysiedzę. Jakoś jednak wytrzymałam bo miałam długie spodnie i bluzkę z długim rękawem i komary głównie chlały Mamusię po nogach bo miała szorty :D
Ze skróconymi spodniami wróciłam do siebie do domu i już bez kolacji poszłam spać. Pierwszy raz od dawna nie miałam problemu z zaśnięciem. Zwyczajnie padłam ze zmęczenia. Następnego dnia rano byłam szczęśliwa, że wracam do Krakowa. Najpierw zadzwoniłam do siostry męża, aby jej powiedzieć, żeby przypadkiem nie znalazła tej skórzanej kurtki co Mamusia dzień wcześniej upatrzyła. Na szczęście siostra męża nawet się po nią nie wybierała. Moje poranne szczęście nie trwało długo bo od rana do południa Mamusia dzwoniła do mnie chyba z 8 razy. Postanowiła nam naszykować trochę jedzenia bo pewnie jak zwykle u nas nic nie ma i konsultowała telefonicznie ze mną każdy słoiczek z grzybami, każdego kotleta i każdego pieroga, które wkładała do torby. Kiedy telefony wreszcie ucichły postanowiłam pomóc mamie i pojechałyśmy posprzątać na cmentarz. Kiedy wróciłyśmy do domu miałam 4 połączenia nieodebrane od Mamusi (nie zabrałam ze sobą telefonu. No bo i po co?). Musiałam niestety oddzwonić. Dowiedziałam się, że Mamusia znalazła dla mnie świetną spódniczkę, którą koniecznie musi mi dać i mam szybko do niej przyjechać. Pojechałam najszybciej jak mogłam ale najpierw zjadłam obiad, poleżałam, pobawiłam się z psem, zadzwoniłam do koleżanki i do męża. W końcu się do Mamusi wybrałam. Weszłam do domu (drzwi były otwarte) i nikogo tam nie zastałam. Obeszłam cały ogród i też nikogo nie było. Zaczęłam ją wołać ale cisza. Nagle coś trzasnęło obok domu. Poszłam to sprawdzić i zobaczyłam, że Mamusia razem z gałęzią z orzecha siedzi na trawie. Powiedziała mi, że zrywała orzechy i spadła. Pomyślałam sobie, że jak się w wieku 60 lat łazi po drzewach to trzeba się z tym liczyć, że można spaść (no do góry się raczej nie poleci). Nic się na szczęście Mamusi nie stało bo od gałęzi na której stała do ziemi było całe pół metra. Zwierzyła mi się jeszcze przy okazji, że strasznie boli ją głowa. Miałam zapytać czy to czasami aureola ją w głowę nie ciśnie ale się powstrzymałam. Zaproponowałam tabletkę przeciwbólową ale stwierdziła, że ona trucizn nie łyka. Poszłyśmy w końcu do domu i dostałam spodniczkę. Spódniczka była ciulowa (tzn. tiulowa :D) w kolorze wściekło różowym i tylko trochę za duża. Dawała mi ją z tekstem „chciałam ci dać coś w czym na pewno będziesz chodzić”. Heh! Żebyś się nie zdziwiła! Podziękowałam oczywiście i pojechałam do domu. Godzinkę później przyjechała po mnie siostra męża i odwiozła mnie do Krakowa.

PS. Mamusia oczywiście nie kupiła szlafroka, w którym paradowała przez 3 godziny po sklepie ale przynajmniej się od niej dowiedziałam, że to nie był szlafrok tylko płaszcz kąpielowy. No, jak zwał, tak zwał…

środa, 14 września 2011

desant w lesie

Właśnie powróciłam z weekendowych wojaży u Mamusi.
Nasz weekend zaczął się w czwartek. Rano zatachaliśmy torby do pociągu. Mieliśmy dużo rzeczy nie brać ale oczywiście Mamusia zażyczyła sobie puste słoiki i plastikowe pojemniki po smalcu. Oczywiście słoików było sporo bo ogórki kiszone robi nieziemskie i furę zjedliśmy. Przy smalcu zaczął się problem. No bo co tu zrobić z 3 kg tego maziajstwa? Wydłubałam to wszystko łyżką z pojemnika i wywaliłam. Nie widziałam innego wyjścia jak się tego pozbyć. Moja wątroba do dziś jest mi wdzięczna.
Przed podróżą obdzwoniliśmy wszystkich znajomych z miejscowości Mamusi żeby się nastawili na jakiegoś grilla albo ognisko. Nie trzeba było ich prosić. Umówiliśmy się na sobotę wieczór.
5 godzin turkotaliśmy się pociągiem. Mąż zabrał sobie książkę do czytania i miał zajęcie a ja miałam słuchać muzyki ale oczywiście zapomniałam zabrać słuchawek. Po dwóch godzinach tak mi się już nudziło, że mało nie oszalałam. Jak zwykle w pociągu zaczęłam wysyłać zmyślone rymowanki do znajomych (podobno Artur Andrus też tak robi). Na pierwszy rzut do koleżanki poleciało:
Już dojeżdżam do Rzeszowa
Obok w polu stoi krowa
Krowa sprytna, zwinna, harda
Dała dyla z McDonalda

No nie upieram się, że są to jakieś ambitne wiersze. Jak wymyślałam następne „dzieło” do przedziału wpadł konduktor żeby sprawdzić bilety. Parsknęłam śmiechem bo koleś wyglądał jak Gargamel. Normalnie mu tylko kota brakowało. Na szczęście dosiadł się do nas ojciec z 6-letnią córką i miałam zajęcie do końca podróży. Jak już się poznałyśmy to przez ponad dwie godziny śpiewałyśmy piosenki, wymyślałyśmy bajki, rysowałyśmy, robiłyśmy statki z papieru i pletłyśmy sobie nawzajem warkocze. Reszta pasażerów trochę się podśmiewała ale co tam. Kolejny raz się potwierdziło to, że lubią mnie dzieci, psy i świry. Kiedy dojechaliśmy do stacji docelowej na peronie czekała na nas siostra męża bo miała nas podrzucić do Mamusi i sama miała tam zostać na weekend. Do mamusi jechaliśmy pół godziny. Najpierw zajechaliśmy do mojej mamy żeby zostawić część gratów (mamy mieszkają w tej samej miejscowości). Klepiąc zdrowaśki udaliśmy się dalej. Jak tylko dojechaliśmy pod bramę Mamusinej hacjendy zobaczyłam, że coś się rusza w krzakach tuż przy furtce. Pomyślałam sobie, że pies. Myliłam się! Nagle wyskoczyła z krzaków Mamusia. Mąż jak tylko ją zobaczył jęknął „o Matko Boska!”. Jego siostra zaczęła się śmiać na głos a ja doznałam szoku. Chodziło o strój Mamusi. Ubrana była w bieliznę. Taką zwyczajną co się pod ubranie zakłada z tą różnicą, że do misek stanika miała doszyte trójkąty oderwane ze stroju kąpielowego. Jak tylko wysiedliśmy z auta mąż zapytał czemu Mamusia w „gaciorach i stanicorze po podwórku lata”. Okazuje się, że Mamusia stroju kąpielowego nie posiada a cały dzień opalała się grzebiąc w kwiatkach. I to przed domem. Na widoku. Pochwaliłam oczywiście ten majstersztyk krawiecki bo nie wiedziałam jak to skomentować. Szybko udaliśmy się do domu a Mamusia na szczęście za nami. Oddaliśmy słoiki, pochwaliliśmy ogórki (mówiliśmy prawdę) i smalec (tu kłamaliśmy). Zaoferowano nam na kolację oczywiście kanapki ze smalcem ale udając, że nie mamy czasu poszliśmy niezwłocznie do znajomych dwa domy dalej. Jakoś czas nam zleciał. Od znajomych poszliśmy spać do mojej mamy (jak zwykle) zostawiając siostrę męża samą na placu boju. W piątek rano po zjedzeniu śniadania postanowiliśmy pomóc trochę mojej mamie. Zadania były takie jak zawsze. Ja sprzątałam dom a mąż latał jak szalony z kosiarką do trawy. Po obiedzie zadzwoniła do nas siostra męża błagając nas żebyśmy wreszcie przyszli bo Mamusia nas oczekuje. Poszliśmy trochę się ociągając. Jak weszliśmy do niej na podwórko wyszła do nas i oznajmiła, że wszyscy idziemy na grzyby. Nie trzeba było mnie dwa razy prosić. Poszliśmy do lasu mimo tego, że nie byliśmy za bardzo na to przygotowani. Oczywiście pogryzły mnie komary bo miałam krótkie spodenki i bluzkę bez rękawów. Zbierając grzyby słuchaliśmy opowieści Mamusi jak to za czasów jej młodości było fajnie. W pewnej chwili zauważyłam, że gdzieś zniknęła siostra męża. Wysłałam jej smsa z pytaniem czy się zgubiła czy zwiała. Okazało się, że zwiała. Pokazałam smsa mężowi i za kilka minut usłyszałam od niego hasło „wiejemy!”. Zwialiśmy! Wreszcie sami spacerowaliśmy po lesie i nie musieliśmy wysłuchiwać Mamusinego trajkotania za uszami. Jakieś 2 godziny później wróciliśmy do domu. Mamusia i siostra męża już tam były. Mamusia przywitała mnie wywodem na tematy:
- naszego niemyślenia o życiu (bo zgubiliśmy się w lesie)
- naszej nieodpowiedzialności (bo przecież zgubiliśmy się w lesie)
 Normalnie się wściekłam! Dobrze, że mąż tego nie słyszał bo pewnie by jej powiedział co myśli. Wysłuchałam tego wywodu do końca i poszłam sprawdzić w ogrodzie jak pomidory i ogórki rosną. Jak tak sobie siedziałam miedzy grządkami i paliłam papierosa zapałałam rządzą zemsty. Siedzieliśmy tam do wieczora. Koło godziny 19 postanowiliśmy odezwać się do znajomych w sprawie grilla. Oczywiście byli chętni. Grilla mieliśmy robić u Mamusi bo ma na to fajnie przygotowane miejsce i wszyscy nasi znajomi mają do niej blisko. Mąż zadzwonił do niej z pytaniem czy nam pozwoli i czy ma ochotę z nami posiedzieć. Powiedziała, że nie ma jej w domu bo właśnie jedzie do Kielc i wróci w czwartek. Zgłupieliśmy! Grilla oczywiście zrobiliśmy ale zatarliśmy wszystkie dowody zbrodni żeby nie było, że bez pytania…
W niedzielę rano poszliśmy sami na grzyby i dwie godziny w lesie walczyliśmy z komarami, które były tego dnia jakieś takie nienażarte. Ale za to grzybów było trochę więcej niż w piątek. Mąż stwierdził, że pewnie było ich tyle samo ale za dużo czasu zajęło nam celowe gubienie się w lesie polegające na chowaniu się za drzewami przed Mamusią. Jak o tym teraz pomyślę to albo wyglądaliśmy jak komandosi podczas desantu albo jak jakieś dwa głupki. Następnych kilka godzin spędziliśmy na lenistwie a o 16 siostra męża odwiozła nas na pociąg. Wtarabaniliśmy się do środka i tym razem bez darów od Mamusi wróciliśmy szczęśliwi do domu.
Dziś tak się zastanawiam czemu Mamusia tak nagle wyjechała? Mieliśmy do niej zadzwonić ale sobie darowaliśmy :D

sobota, 3 września 2011

smalec i płonące róże

W zeszłym tygodniu Mamusia zadzwoniła i powiedziała, że zjawi się u nas na weekend. Jak zaraza nadciągnęła w piątek wieczorem. Jak zwykle z mężem odstawiliśmy z rana rytualne już sprzątanie. Odkurzanie, czyszczenie, mycie okien, wietrzenie, chowanie piwa (dwa poprzednie jeszcze się nie znalazły), chowanie popielniczki, trzepanie dywanu itd. Postanowiłam zawiesić także zasłony, które dostałam od Mamusi, a które niezwłocznie zdjęłam zaraz po jej wyjeździe. Umęczyłam się jak jakiś głupek ale mi się udało zawiesić je tak jak Mamusia przykazała. Na cały weekend jak zwykle postanowiliśmy rzucić palenie.
 Mamusia nadciągnęła około godziny 19 i od razu nam powiedziała, że ona taka nie jest, żeby przyjechać z pustymi rękami. Oczywiście dary przywiezione od Mamusi przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Dostaliśmy obrus w kolorze… hmm. Połączenie brązowego, czerwonego, zielonego i może żółtego z przewagą brązowego oczywiście. Coś jak kolor zmyślony przez mojego ojca – nordyk podpalany albo karmelikowy w kratkę. Pomyślałam sobie z nadzieją, że może szybko się barszczem czerwonym zachlapie. Do pięknego obrusa Mamusia dołożyła nam oczywiście serwety na komodę i stolik do kawy w identycznym niezidentyfikowanym kolorze. Prawie mi puściły nerwy jak zaczęła mi to rozkładać na meblach i wypaliłam: ale to do zasłon nie pasuje! Mamusia zdębiała. Jest chyba jednak mądrzejsza ode mnie i przejrzała mój chytry plan. „ale do tego pasuje”- odpowiedziała i wyciągnęła z walizki dwie wielkie róże, które służą do naklejenia na ścianę. „o Matko Boska!” jęknął mąż pod nosem i natychmiast stwierdził, że niezwłocznie musi się udać ze śmieciami. Wiadomo z czym to się wiąże. Zabrał mi jedyny powód wyjścia z domu. Oczywiście naklejki na ścianę przyjęłam z genialnie udawaną radością. Powiedziałam, że jak tylko przemalujemy mieszkanie to je natychmiast nakleimy. Mamusia stwierdziła, że powinnam je nakleić koło stołu to nie będę musiała stawiać kwiatów w wazonie. Nie wiem czemu ale wolę jednak mieć czasami coś w wazonie co nie jest „made in china”. Zaniosłam róże do drugiego pokoju i położyłam je na półce podświetlanej od spodu dwoma halogenami. Kiedy wrócił mąż z „wynoszenia śmieci” postanowiłam położyć Mamusię od razu spać żeby nie osiwieć. Przy ścieleniu łóżka dowiedziałam się, że spanie w żółtej pościeli nie służy zdrowiu (?) ale ona jakoś wytrzyma. Nawet tego nie skomentowałam. Mamusia postanowiła nie iść od razu spać bo ma dla nas jeszcze prezenty. Poczułam trwogę! Przytargała walizkę do naszej sypialni i wyciągnęła z niej… wiadro smalcu! Mąż parsknął śmiechem, powiedział: „muszę szybko, ten tego… iść” i udał się (dusząc się już ze śmiechu) do drugiego pokoju w celu bliżej nieokreślonym. Podziękowałam za smalec i już miałam zapytać czy to do jedzenia czy do nasmarowania skrzypiących sprzętów w domu. Dowiedziałam się, że do jedzenia oczywiście mając nadzieję, że nie będzie mi kazała tego jeść bo właśnie się odchudziłam 26 kilo. Powstrzymałam się jednak jak wiele razy wcześniej. Położyliśmy się spać koło 21 z nadzieją, że ten dzień szybciej się skończy. Nie skończył się! Chwilę po 21 usłyszeliśmy z sypialni wrzask Mamusi: pali się!! Zerwaliśmy się szybko i pobiegliśmy do pokoju w którym jej pościeliłam. I wiecie co? Rzeczywiście się paliło! Zapaliły się róże-naklejki które przez nieuwagę położyłam na tych halogenach co podświetlają półkę. Mąż zabrał płonące róże do łazienki i ugasił je w wannie po czym poszłyśmy z Mamusią ocenić straty. Okazało się, że we wszystkich trzech naklejkach dokładnie na środku wypaliły się dziury. „no i problem naklejek się rozwiązał” pocieszył nie mąż. Wietrząc mieszkanie z zapachu palonego plastiku teatralnie ubolewałam nad stratą nie mogąc ukryć uśmiechu na twarzy. Kiedy mąż mi powiedział, że mam minę jak „sra…. kot na pustyni” uspokoiłam się i poszliśmy spać.
W sobotę rano (jak zwykle kiedy jest u nas Mamusia albo jakiś inny gość z jej miotu) poszłam pobiegać dla zdrowia. Po wypaleniu połowy paczki fajek z dwoma dresami z osiedla wróciłam do domu zadowolona z zawarcia nowych znajomości. Mamusia zrobiła śniadanie ale nie jadłam bo był smalec. W okolicy obiadu był smalec z ogórkami kiszonymi. Zjedliśmy z mężem tylko ogórki. Nie pozwoliła mi gotować (co zajmuje trochę czasu) bo przyszedł czas na nauki księgowości. Usiadła na kanapie i zaczęła nam po kolei cytować paragrafy z kodeksu pracy. Serio myślałam, że umrę. Nie wiem ile tak siedzieliśmy ale zadek poważnie mnie rozbolał. Po południu pojechaliśmy na wycieczkę po uwielbianych przez Mamusię centrach handlowych. Na szczęście nie budowlanych. Postanowiła nam kupić lody. Po porannym widoku smalcu na stole nie miałam ochoty nawet na darmowe lody. Postanowiłam pooglądać ubrania. Poszłam sobie sama pozostawiając męża na pastwę losu w lodziarni z Mamusią. Miałam jakieś pół godziny spokoju. Poprawiłam sobie humor grając w moją ulubioną grę o nazwie: „przymierzam-odwieszam-wychodzę”(gra udaje się tylko w galerii - nie próbujcie tego w domu a szczególnie w cudzym domu :D). jakoś tak zleciał cały dzień. Wróciliśmy na kolację, którą też zrobiła Mamusia. Zgadnijcie co było? Nie jadłam! Po kolacji Mamusia wysłała męża po jakieś dobre wino. Ucieszyłam się bo byłam niebotycznie głodna a 3 kiszone ogórki zjedzone na obiad to raczej mało mimo diety. Mąż przyniósł moje ulubione półsłodkie winko i walczył z korkiem w kuchni a Mamusia tłumaczyła mi gdzie pracował jakiś jej znajomy Bogdan i dlaczego. Było to totalnie nudne może dlatego, że nie znam człowieka. Los mi jednak sprzyjał i mąż przyszedł z winem i kieliszkami. Miałam nadzieję, że teraz Mamusia wreszcie zamilknie. Mamusia nam nalała bo tylko ona wie jaka ilość wina nie szkodzi. Dostało mi się tak na oko jakieś 20 kropli. Serio! Nie wiedziałam czy mam się tego napić czy się tym natrzeć! Powiedziałam, że raczej nie mam ochoty na wino i z biesiady wywinęłam się bólem głowy. Poszłam spać i obudziłam się w niedzielę ok 9 rano. Słyszałam, że Mamusia już krząta się w kuchni i od razu się przeraziłam, że znów będzie smalec i pewnie umrę z głodu. Chcąc pożegnać się z rodziną i pożalić zadzwoniłam do mojej mamy. Opowiedziałam jej wszystko a w odpowiedzi usłyszałam w słuchawce tylko totalnie bezczelny śmiech. Normalnie żadnego wsparcia od najbliższej rodziny. Mąż zaraz za mną wygrzebał się z łóżka i radosnym głosem oznajmił mi, że Mamusia przecież dziś jedzie. Przyznam, że trochę poprawiło mi to humor. Poszliśmy na śniadanie. Kto z Was uważa, że było to co w sobotę niech wyśle sms o treści „smalec” na numer… Normalnie się załamałam! Oczywiście nie jadłam. Przed wyjazdem Mamusia oznajmiła mi, że strasznie się zmęczyła robiąc mi rano porządki w kosmetykach i te kończące się już kredki do oczu wywaliła do śmietnika w łazience obiecując jednocześnie, że kupi mi nowe. Śmieci jednak nie wyniosła bo nie miała klucza do śmietnika. Poszłam do łazienki ratować to co jeszcze tam zostało i przy okazji umyć włosy. Jak już wygrzebałam ze śmietnika jedną rzeczywiście starą kredkę i dwie całkiem nowe z estee lauder, które dostałam od siostry, umyłam włosy. Tuż przed wyjazdem nakłamałam mężowi i Mamusi, że strasznie boli mnie głowa i naprawdę nie mogę jej odwieźć na dworzec. Mąż od razu zaczaił, że zwyczajnie zaraz mi nerwy puszczą i Mamusia zamiast tramwajem na ten dworzec dojedzie na moich kopach. Odwiózł ją na ten dworzec dając mi chwilę świętego spokoju wreszcie sam na sam z lodówką.

Ta wizyta była najgorsza ze wszystkich spotkań z Mamusią ale są i plusy. Do dziś nie palę i schudłam 1,5 kg dzięki widokowi smalcu :D

Ps. Tuż po wyjeździe ciężkie zasłony Mamusi tak obciążyły karnisz, że wyrwały go ze ściany razem ze śrubami. Nie mamy więc karnisza na razie ale nie mamy też zasłon! :DD
Amen!