wtorek, 16 sierpnia 2011

pierwsza "wizytancja"

muszę się trochę wyżalić.
w poniedziałek z zapowiedzianą wizytą zjawiła się u nas Teściowa. jest to jej pierwsza taka długa wizyta. niedawno kupiliśmy mieszkanie z mężem no i babina sobie przyjechała zobaczyć. normalnie do niej nic nie mam ale od poniedziałku to już chyba trochę osiwiałam. przyjechała w poniedziałek wieczorem i poszła grzecznie spać. we wtorek o 7 rano (mamy teraz urlop więc postanowiliśmy sobie pospać z mężem) otwieram oko, patrzę... a ona stoi na parapecie i ściąga moje firanki. jak już je zdjęła, założyła swoje,które nam kupiła. za chwilę wytargała jakieś kraciapaste zasłony z walizki i pcha się z nimi na ten parapet. szturchnęłam męża, że aż go przytkało. zaczaił o co biega i mówi, że u nas zasłony niepotrzebne bo mamy rolety i jak słońce świeci to zasłaniamy. a ona na to że jak się zadrzy taka sytuacja, że trzeba będzie zasłonić to akurat będą. normalnie ręce mi opadły. mąż wymamrotał pod nosem, że chyba wtedy będą potrzebne jak wybuch atomowy rolety spali. przebolałam jakoś te zasłony. poszłam do drugiego pokoju z myślą że na necie posiedzę a ona za mną. okular włożyła i patrzy co piszę. no to dałam sobie spokój. nie wiem jak to się stało ale w ciągu tych 5 minut obrus mi zniknął w drugim pokoju i został zamieniony na jakiś inny(równie kolorowy). ona chyba była szkolona do tego. normalnie ninja-dekorator. w środę mąż wyjechał na cały dzień a ja zabrałam Teściową do ikei, żeby jej czas zająć i żeby mi przypadkiem w mieszkaniu ścian nie przemalowała. postanowiła nas jeszcze uposażyć trochę. na tej zasadzie, że jak ona wybierała dodatki do domu to ja miałam przytakiwać. starałam się jak mogłam a i tak mi powiedziała, że miny robię. przebolałam! z ikei postanowiła wracać na piechotę (z zakupami) 12 kilometrów! buty mnie obtarły ale przebolałam! po kolacji (w trakcie się dowiedziałam, że zbyt zdrowo gotuję(?)) miała dla mnie prezent. ledwo byłam żywa po wycieczce ale się ucieszyłam. jak zobaczyłam co mi kupiła to mi przeszło. to była sukienka. tylko, że nie mój kolor, nie mój fason, i nawet nie mój rozmiar. podziękowałam grzecznie i jakoś przebolałam. dziś wpadła do nas do pokoju o 6 rano z tekstem żeby nie spać do południa i od razu uraczyła nas rodzinnymi opowieściami. nie wiem o czym mówiła bo marzyłam o kawie. póżniej zupa była za mało pieprzna (chociaż na stole stał pieprz i mogła doprawić) a dwie godziny temu mąż ją zabrał do jakiegoś sklepu bo podobno karnisze u nas trzeba wymienić. nie wiem czemu bo są nowe. dziś się też dowiedziałam, że zaprosiła do nas swoją siostrę (równie utalentowaną jak ona) i będą siedziały u nas do soboty. jak ja to przeżyję?
wielkie dzięki tym, którzy przeczytali to do końca

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz