piątek, 19 sierpnia 2011

ostatni dzień z Mamusią

wczorajsza historia skończyła się na tym, że mąz zabrał Mamusię na wicieczkę na miasto. miałam wtedy chwilę spokoju i wykorzystałam ją oczywiście jak każdy kulturalny człowiek (na paleniu fajek i piciu piwa). no ale do rzeczy...
chwilę po 21 wieczorem Mamusia z moim mężem powróciła z wojaży. z miny męża od razu wywnioskowałam, że chopak ma ochotę strzelić sobie w łeb gumką od majtek. pozwoliłam mu wynieść śmieci (stało się to jego ulubioną rozrywką bo od poniedziałku to jedyna okazja kiedy mógł sobie spokojnie zapalić). tak szybko wychodził ze śmieciami, że nie byłam pewna czy skorzysta ze schodów czy wyskoczy oknem z pierwszego piętra. chyba nie ma tak silnej psychiki jak ja ale mimo tego poszedł schodami. udałam się wtedy do kuchni robić kolację twierdząc, że każdą bestię trzeba karmić. Mamusia zaczęła wtedy fiołkować się przed lustrem i komentować, że ona to się dobrze trzyma jak na swoje lata i ma figurę nastolatki (no pewnie gdzieś tam pod tłuszczem ma). kiedy szukałam w lodówce pomidora starając się nie robić min, wrócił mąż. Mamusia chciała potwierdzić fakt swojego nastoletniego (niczym czeska gimnastyczka artystyczna) wyglądu i gibkiej sylwetki. zapytała męża "ja to się dobrze trzmam, prawda?". mąż odpowiedział "taaa... tylko mama ma strasznie stary pesel". nie zaczaiła! wtedy normalnie duma mnie zaczęła rozpierać. mój mąż bohater, mój rycerz (mój Zbyszko z..... sierocińca) wreszcie powiedział coś co mnie się cisnęło na usta od poniedziałku. powróciłam do robienia kolacji. okazało się jednak, że na pomidorze, którego wyciągnęłam z lodówki coś kwitnie. mówię, że kurde zepsuty a Teściowa do mnie: eee... dobry jeeeest!, ja go zjem! odłożyłam jej ten wybryk natury na talerz i położyłam na blacie w kuchni. my zjedliśmy kanapki a ona wytargała z torebki kostkę białego sera. po kolacji (oczywiście pomidora nie zjadła mimo obietnic) kazała nam iść spać bo ma zamiar nas obudzić o 6. wstawiłam jej zegar do pokoju bo jej własny idzie 2 godziny doprzodu. zła byłam ale się położyliśmy. nie mogłam zasnąć oczywiście bo było za wcześnie na spanie. nagle zauważyłam, że w pokoju Mamusi jeszcze się świeci. powiedziałam mężowi żeby sprawdził co ona jeszcze robi. poszedł! okazało się, że czyta sobie gazetę a my musimy spać i oczywiście nie pozwoliła nam włączyć telewizora. mąz się wkurzył i wkroczył do jej pokoju z tekstem "a czemu mama jeszcze nie śpi? kilowaty nie na straty!" i zgasił jej światło. udało mi się zasnąć chyba koło 2 w nocy. o 3 pod oknem usłyszałam głośny śpiew "żono mojaaaa... serce mojeeee..." a spod kołdry obok "nie maaa taaaakich... jak my dwojeee...". no i było po spaniu. przysnęło mi się dopiero nad ranem. otworzyłam oko koło 7, wygrzebałam się spod kołdry i lezę do łazienki. w kuchni przywitałam się z pomidorem, który przez noc stał się prawdziwym pomnikiem przyrody i pewnie już obmyślał inwazję na naszą planetę. oczywiście olałam tą nową formę życia i poszłam się myć. jak tylko przekroczyłam drzwi łazienki wywinęłam takiego orła (bo ktoś oczywiście poprzekładał dywaniki), że jestem pewna tego, że w łyżwiarstwie figurowym ma to jakąś nazwę. sprawdziłam szybko czy mam wszystkie zęby, umyłam się i wróciłam do pokoju. w pokoju właśnie odbywała się poranna gimnastyka Mamusi (oczywiście nordic walking bez kijków) wokół stolika do kawy. usiadłam obok męża i patrzymy. jakieś 2 minuty pózniej dostałam smsa od męża o treści "stawiam dychę, że puści pawia!" nie puściła! po gimnastyce porannej Mamusia stwierdziła, że w nocy miała olśnienie i postanowiła nauczyć mojego męża księgowości bo nigdy nie wiadomo co się w życiu przyda. mąż stwierdził, że pewnie nocą w blasku księżyca przemówiło do niej.... saldo! no i zaczęły się nauki. żeby nie brać w tym udziału powiedziałam, że idę biegać. wybiegłam z klatki, podbiegłam do najbliższej ławki, usiadłam i zapaliłam papierosa. posiedziałam i jakoś pół godziny zleciało. po obiedzie oczywiście usłyszałam, że ona nie rozumie tej nowej mody na zrdowe odżywianie (był krem z brokułów) ale wciąglęła dwa talerze. później postanowiła wykonać niezmiernie ważny telefon do firmy, która busem miała ją wieźć do domu. przez telefon dokładnie tłumaczyła pani dyspozytorce, że na trasie, którą jedzie ten bus strasznie trzęsie i ona nie może spać. stwierdziła, że trasę koniecznie trzeba zmienić. biedna pani dyspozytorka pewnie do końca życia będzie miała traumę. Mamusia poszła myć włosy i od razu musiała mi powiedzieć, że to na pewno od tej ogromnej ilości kosmetyków mam tak byle jaką cerę. przemilczałam! chwilę później zaczęła suszyć włosy. myślę, że poszło by jej to szybciej gdyby suszyła je tą stroną suszarki co trzeba. postanowiłam pomóc ale od razu się dowiedziałam, że starszych nie należy pouczać. no coż... przemilczałam! godzinę później mąż zabrał ją na dworzec i... pojechała!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz