czwartek, 25 sierpnia 2011

Ciocia Warszawska

miałam już dziś już tu nie zaglądać ale mój mąż postanowił oglądać "Gwiezdne wojny" to i jestem :)
 wracając do tematu Mamusi to z przykrością muszę oświadczyć, że Mamusia nie przyjechała do nas mino obietnic. o jeju, o jeju, o jeju....
swoją obecnością zaszczyciła nas jej siostra a Mamusia dzwoniła chyba ze 30 razy w ciągu tygodnia.
Ciocia Warszawska (siostra Mamusi) zjawiła się u nas w środę. "godzina zero" wybiła o 16. mąż po nią pojechał na dworzec a ja w tym czasie wietrzyłam mieszkanie z oparów papierosowych i chowałam wszystkie nieprzyzwoite przedmioty znajdujące się w mieszkaniu: dwa piwa stojące w lodówce (swoją drogą do dziś nie wiem gdzie je schowałam), popielniczkę, gazetki reklamowe ze sklepów (temat rzeka dla Cioci) i książeczki opłat ze spółdzielni mieszkaniowej (temat jeszcze większa rzeka niż poprzedni). jak już wszystko pochowałam zapaliłam kadzidło, żeby w mieszkaniu jednak jakiś zapach był. oczekiwałam z niecierpliwością na Ciocię. wreszcie nadjechała. wlazła od razu do mieszkania kapiąc mokrym parasolem na płytki w przedpokoju i kuchni. nie żebym myła wcześniej podłogę... obeszła całe mieszkanie i od razu stwierdziła, że meble w sypialni za ciemne (są czarne i w sumie ciemniejsze już być nie mogą), płytki w kuchni na podłodze brzydkie a wanna włazience za mała (ja się tam mieszczę). zasiadła za stołem i podałam herbatę. nie miałam jednak herbatki z hibiskusa więc zostało mi to od razu wypomniane (o ja głupia!). po herbatce podałam zupę ogórkową i wreszcie zostałam doceniona bo się okazało, że Cioci smakuje. wciągnęła 3 talerze. pomyślałam sobie, że wreszcie jakiś sukces i teraz to już jakoś pójdzie. nie poszło! tuż po zupie Ciocia z zapałem zaczęła nam opowiadać jak to ją łupie za łopatką i że mam jej zakupić za pośrednictwem mojej siostry (mieszka w USA) idealną maść, której nazwę miała zapisaną na kartce. na kartce jak byk stało w jezyku dla Cioci niezrozumiałym: maść rozgrzewająca (w dosłownym tłumaczeniu). pomyślałam sobie, że dzięki takim dokładnym wytycznym moja siostra w mig tą maść jej znajdzie. najwyżej kupi wszystkiego po jednym w aptece byle by tylko było w tubce. kiedy już się dowiedzieliśmy co Cioci aktualnie dolega, co dolegało kilka lat temu, co w młodości a co ma zamiar jej dolegać w przyszłości- zaczęłam mieć myśli samobójcze. nie mogłam się sama załatwić z półobrotu, nie mogłam się otruć bo na stole leżały tylko ciastka i stał wazon z kwiatkami. zastanawiałam się chwilę czy aby nie są one trujące ale sobie pomyślałam, że strasznie głupio by to potem wyglądało podczas autopsji. dałam sobie spokój. póżniej Ciocia postanowiła drążyć z nami temat dzieci. uchylaliśmy się od odpowiedzi jak tylko mogliśmy i jak już myślałam, że wreszcie wyszło na nasze, ona znowu swoje. serio! nawet na policji masz prawo do odmowy zeznań. postanowiła nas Ciocia uświadomić jak się dzieci wychowuje i co trzeba robić, żeby sobie "na własnej piersi bandziora nie wychować". jasny szlag mnie trafiał bo jestem pedagogiem i jej niektóre teorie... no powiedzmy były dośc innowacyjne. już pomijam fakt, że Ciocia nigdy dzieci nie miała ale jest specjalistą w tej dziedzinie. kiedy nadszedł już czas pożegnania około godziny 19 i Ciocia miała ruszać w dalszą trasę autobusem, zapytałam nieśmiało: a czemu Ciocia pociągiem nie jedzie? spojrzała na mnie z politowaniem i odparła: bo w pociągu gwałco, kradno i zabijajo! (zachowałam niemalże dokładny zapis fonetyczny słów Cioci). kiedy mąż odwiózł Ciocię na dworzec zapaliłam od razu papierosa na środku pokoju i pomyślałam sobie, że muszę się koniecznie zaopatrzyć w herbatkę z hibiskusa.
kiedy tak sobie paliłam jednego za drugim wreszcie na legalu, zadzwoniła Mamusia. znów miała olśnienie. kolejny raz podczas pełni księżyca przemówiło do niej... saldo! stwierdziła, że powinnam się przekwalifikować. zamiast być pedagogiem powinnam być panią w firmie, która zajmuje się kadrami i płacami. ona oczywiście mnie wszystkiego nauczy. dosłownie ręce mi opadły. niegdy nie miałam zamiaru się przekwalifikowywać na panią od kadr i płac, ponieważ
a) mnie to nie kręci
b) po co było tyle studiować pedagogikę i robić miliony kursów
c) nie bo... nie!
Mamusia oczywiście postanowiła wyjaśnić mi dlaczego będzie mnie nauczać. powód dość prosty: wypalenie zawodowe. Mamusia zwyczajnie się martwi, że w pracy mam dzieci, później urodzę swoje i się o razu wypalę zawodowo. jednym słowem jak nie posłucham Mamusi to zaraz po porodzie pożrę swoje młode. wściekłam się! zadzwoniłam do męża. mojemu "Zbyszkowi z sierocińca" ręce też opadły i to do tego stopnia, że mógł sobie wiązać sznurowadła stojąc na baczność. postanowiliśmy nie odbierać więcej telefonów.
 w piątek Mamusia znów zadzwoniła i oznajmiła, że wysyła do nas swoją córkę, żeby nam podrzuciła parę rzeczy bo pewnie w domu jak zwykle nic nie ma. ucieszyłam się, bo lubię męża siostrę no i wiedziałam już, że Mamusia nie przyjedzie. w sobotę przybyły dary od Mamusi bez których nasze życie nie ma sensu, ba! nie ma prawa się toczyć. dziwne tylko wydało mi się to, że siostra mojego męża wchodząc do nas do domu śmiała się tak głośno, że ledwo zrozumiałam, że mam iść z nią do auta po rzeczy od Mamusi. polazłam powoli ze względu na kaca, który był pozostałością po piątkowej małej imprezie pod hasłem "Mamusia u siebie a nas wszystko..." (sami sobie dopowiedzcie dalszą cześć tego hasła. podpowiem tylko, że się rymuje). kac oczywiście szybko mi przeszedł kiedy zobaczyłam co nam Mamusia podała. a było to:
- doniczka plastikowa
- 6 słoików ogórków kiszonych
- słoik sałatki z buraków
- 3 sztuczne kwiatki (maki)
- nożyczki
- świecznik w kształcie księżyca
- 2 żywe słoneczniki
- sztuczna gałązka świerku
- reklamówka ziemi (?) (tak, tak - piasku)
i z tym jej córka tarabaniła się przez pół Polski.
dowiedzieliśmy się też, że Mamusia się do nas wybiera znów na tydzień i ma zamiar nauczać mnie z dziedziny księgowości. nie wiemy tylko jeszcze kiedy ale już jesteśmy w szoku.

piątek, 19 sierpnia 2011

ostatni dzień z Mamusią

wczorajsza historia skończyła się na tym, że mąz zabrał Mamusię na wicieczkę na miasto. miałam wtedy chwilę spokoju i wykorzystałam ją oczywiście jak każdy kulturalny człowiek (na paleniu fajek i piciu piwa). no ale do rzeczy...
chwilę po 21 wieczorem Mamusia z moim mężem powróciła z wojaży. z miny męża od razu wywnioskowałam, że chopak ma ochotę strzelić sobie w łeb gumką od majtek. pozwoliłam mu wynieść śmieci (stało się to jego ulubioną rozrywką bo od poniedziałku to jedyna okazja kiedy mógł sobie spokojnie zapalić). tak szybko wychodził ze śmieciami, że nie byłam pewna czy skorzysta ze schodów czy wyskoczy oknem z pierwszego piętra. chyba nie ma tak silnej psychiki jak ja ale mimo tego poszedł schodami. udałam się wtedy do kuchni robić kolację twierdząc, że każdą bestię trzeba karmić. Mamusia zaczęła wtedy fiołkować się przed lustrem i komentować, że ona to się dobrze trzyma jak na swoje lata i ma figurę nastolatki (no pewnie gdzieś tam pod tłuszczem ma). kiedy szukałam w lodówce pomidora starając się nie robić min, wrócił mąż. Mamusia chciała potwierdzić fakt swojego nastoletniego (niczym czeska gimnastyczka artystyczna) wyglądu i gibkiej sylwetki. zapytała męża "ja to się dobrze trzmam, prawda?". mąż odpowiedział "taaa... tylko mama ma strasznie stary pesel". nie zaczaiła! wtedy normalnie duma mnie zaczęła rozpierać. mój mąż bohater, mój rycerz (mój Zbyszko z..... sierocińca) wreszcie powiedział coś co mnie się cisnęło na usta od poniedziałku. powróciłam do robienia kolacji. okazało się jednak, że na pomidorze, którego wyciągnęłam z lodówki coś kwitnie. mówię, że kurde zepsuty a Teściowa do mnie: eee... dobry jeeeest!, ja go zjem! odłożyłam jej ten wybryk natury na talerz i położyłam na blacie w kuchni. my zjedliśmy kanapki a ona wytargała z torebki kostkę białego sera. po kolacji (oczywiście pomidora nie zjadła mimo obietnic) kazała nam iść spać bo ma zamiar nas obudzić o 6. wstawiłam jej zegar do pokoju bo jej własny idzie 2 godziny doprzodu. zła byłam ale się położyliśmy. nie mogłam zasnąć oczywiście bo było za wcześnie na spanie. nagle zauważyłam, że w pokoju Mamusi jeszcze się świeci. powiedziałam mężowi żeby sprawdził co ona jeszcze robi. poszedł! okazało się, że czyta sobie gazetę a my musimy spać i oczywiście nie pozwoliła nam włączyć telewizora. mąz się wkurzył i wkroczył do jej pokoju z tekstem "a czemu mama jeszcze nie śpi? kilowaty nie na straty!" i zgasił jej światło. udało mi się zasnąć chyba koło 2 w nocy. o 3 pod oknem usłyszałam głośny śpiew "żono mojaaaa... serce mojeeee..." a spod kołdry obok "nie maaa taaaakich... jak my dwojeee...". no i było po spaniu. przysnęło mi się dopiero nad ranem. otworzyłam oko koło 7, wygrzebałam się spod kołdry i lezę do łazienki. w kuchni przywitałam się z pomidorem, który przez noc stał się prawdziwym pomnikiem przyrody i pewnie już obmyślał inwazję na naszą planetę. oczywiście olałam tą nową formę życia i poszłam się myć. jak tylko przekroczyłam drzwi łazienki wywinęłam takiego orła (bo ktoś oczywiście poprzekładał dywaniki), że jestem pewna tego, że w łyżwiarstwie figurowym ma to jakąś nazwę. sprawdziłam szybko czy mam wszystkie zęby, umyłam się i wróciłam do pokoju. w pokoju właśnie odbywała się poranna gimnastyka Mamusi (oczywiście nordic walking bez kijków) wokół stolika do kawy. usiadłam obok męża i patrzymy. jakieś 2 minuty pózniej dostałam smsa od męża o treści "stawiam dychę, że puści pawia!" nie puściła! po gimnastyce porannej Mamusia stwierdziła, że w nocy miała olśnienie i postanowiła nauczyć mojego męża księgowości bo nigdy nie wiadomo co się w życiu przyda. mąż stwierdził, że pewnie nocą w blasku księżyca przemówiło do niej.... saldo! no i zaczęły się nauki. żeby nie brać w tym udziału powiedziałam, że idę biegać. wybiegłam z klatki, podbiegłam do najbliższej ławki, usiadłam i zapaliłam papierosa. posiedziałam i jakoś pół godziny zleciało. po obiedzie oczywiście usłyszałam, że ona nie rozumie tej nowej mody na zrdowe odżywianie (był krem z brokułów) ale wciąglęła dwa talerze. później postanowiła wykonać niezmiernie ważny telefon do firmy, która busem miała ją wieźć do domu. przez telefon dokładnie tłumaczyła pani dyspozytorce, że na trasie, którą jedzie ten bus strasznie trzęsie i ona nie może spać. stwierdziła, że trasę koniecznie trzeba zmienić. biedna pani dyspozytorka pewnie do końca życia będzie miała traumę. Mamusia poszła myć włosy i od razu musiała mi powiedzieć, że to na pewno od tej ogromnej ilości kosmetyków mam tak byle jaką cerę. przemilczałam! chwilę później zaczęła suszyć włosy. myślę, że poszło by jej to szybciej gdyby suszyła je tą stroną suszarki co trzeba. postanowiłam pomóc ale od razu się dowiedziałam, że starszych nie należy pouczać. no coż... przemilczałam! godzinę później mąż zabrał ją na dworzec i... pojechała!!

Mamusiowy "nordic-walking"

 niedawno zaczęłam opowieści o mojej Teściowej (która od poniedziałku mimo mojej woli dekoruje mi moje mieszkanie). jakoś to przetrwałam a dziś znów się zaczęło....
 wybiła godzina 9 rano, do naszego pokoju wpadła Teściowa z tekstem "kto to widział spać do 11?". nic się nie odezwałam bo sobie pomyślałam, że się zwyczajnie kobicie zagarek popsuł. no ale w sumie się wyspałam to się powoli wygrzebałam z łóżka i poszłam do łazienki. jakieś 2 minuty później zapukała do mnie i mi oświadczyła(dzięki Bogu zamknęłam drzwi), że wszystkie staniki mam za małe. zaczęłam się zastanawiać gdzie ona widziała moje staniki ale sobie przypomniałam, że śpi w naszej sypialni i tam stoi komoda z bielizną. oczywiście nie powstrzymała się żeby do niej nie zajrzeć. przez czas kiedy myłam zęby dowiedziałam się że jestem otyła (ważę jakieś 58 kg) i powinnam nosić obwód stanika 90 (pod biustem mam 72 cm) tak jak ona. ona taki nosi a jak ma za duży to zszywa z przodu. zawsze myślałam, że jak stanik za duży to się kupuje mniejszy. po chwili kompletnie się z tej rozmowy wyłączyłam i zaczęłam sobie myśleć, że w sumie mogło by to być ekonomiczne. osoba o takim obwodzie jak ja mogłaby się tak pozapinać żeby przy okazji zrobić sobie stringi. nic się nie odezwałam na temat mojej otyłości bo jedna koleżanka mi powiedziała że mam robić wdech, wydech, wdech, wydech... no i tak robiłam. jak już mi pociemniało w oczach od tego oddychania (normalnie tyle nie oddycham :D) to usłyszałam, że mam się ubierać i idziemy do sklepu. ubrałam się i poszłyśmy. chciałam wysłać męża ale wczoraj się umówiliśmy, że pół dnia ja spędzam z Teściową a pół on. poszłyśmy razem na te zakupy i jak tylko wyszłyśmy z osiedla moja Teściowa zaczęła machać rękami ponad głowę i podnosić kolana prawie pod samą brodę. pomyślałam sobie, że biedna wylewu dostała i ma jakieś konwulsje. zapytałam "co mama robi?" a ona do mnie: nordic walking! szczerze mnie zatkało. tłumaczę jej (bo może nie wie), że do nordic walkingu trzeba mieć kijki. a ona mi mówi, że po co jej kijki? drogie i ciężkie, można bez kijków. szła tak do samego sklepu a ja myślałam, że się ze wstydu zapadnę w zarośla. normalnie jak jakiś góral co ma kierpce na rzepy. jakoś tę wycieczkę przeżyłam. dobrze, że jeszcze nikt mnie tu na osiedlu nie zna. póżniej po obiedzie postanowiłam dać jej jakieś zajęcie. miałam dwie pary spodni do skrócenia to jej dałam zadanie bojowe. chyba się nawet ucieszyła. oczywiście się dowiedziałam, że teraz się nosi spodnie długości do kostek i to jeszcze dłuższe z tyłu. zaczęłam się zastanawiać czy jakiś dom mody nie stworzył kolekcji "szuwary" do łażenia po krzakach. no ale trochę się interesuję modą to chyba bym coś o tym wiedziała. po prawie godzinnej pertraktacji uprosiłam ją żeby spodnie jednak były do ziemi bo ja niemodna jestem i nic nie chcę zmieniać. potwierdziła! jak już chciałam ją załatwić z półobrotu do akcji wkroczył mąż i zabrał ją na wycieczkę na miasto. postanowiłam wykorzystać tą chwilę i sobie zapalić (nie palę od poniedziałku bo Mamusia wszędzie ze mną idzie). znalazłam jeszcze piwo w szafce. wyszłam na balkon z fajką i piwem. lunął deszcz! powiem Wam, że nigdy mi tak dobrze nie smakowało ciepłe piwo i mokry papieros. nie wiem jak dożyję do jutra (jutro wraca do domu)...
znów wielkie dzięki tym, którzy przeczytali to do końca
coś czuję, że ciąg dalszy nastąpi...
wdech, wydech, wdech, wydech.....

wtorek, 16 sierpnia 2011

pierwsza "wizytancja"

muszę się trochę wyżalić.
w poniedziałek z zapowiedzianą wizytą zjawiła się u nas Teściowa. jest to jej pierwsza taka długa wizyta. niedawno kupiliśmy mieszkanie z mężem no i babina sobie przyjechała zobaczyć. normalnie do niej nic nie mam ale od poniedziałku to już chyba trochę osiwiałam. przyjechała w poniedziałek wieczorem i poszła grzecznie spać. we wtorek o 7 rano (mamy teraz urlop więc postanowiliśmy sobie pospać z mężem) otwieram oko, patrzę... a ona stoi na parapecie i ściąga moje firanki. jak już je zdjęła, założyła swoje,które nam kupiła. za chwilę wytargała jakieś kraciapaste zasłony z walizki i pcha się z nimi na ten parapet. szturchnęłam męża, że aż go przytkało. zaczaił o co biega i mówi, że u nas zasłony niepotrzebne bo mamy rolety i jak słońce świeci to zasłaniamy. a ona na to że jak się zadrzy taka sytuacja, że trzeba będzie zasłonić to akurat będą. normalnie ręce mi opadły. mąż wymamrotał pod nosem, że chyba wtedy będą potrzebne jak wybuch atomowy rolety spali. przebolałam jakoś te zasłony. poszłam do drugiego pokoju z myślą że na necie posiedzę a ona za mną. okular włożyła i patrzy co piszę. no to dałam sobie spokój. nie wiem jak to się stało ale w ciągu tych 5 minut obrus mi zniknął w drugim pokoju i został zamieniony na jakiś inny(równie kolorowy). ona chyba była szkolona do tego. normalnie ninja-dekorator. w środę mąż wyjechał na cały dzień a ja zabrałam Teściową do ikei, żeby jej czas zająć i żeby mi przypadkiem w mieszkaniu ścian nie przemalowała. postanowiła nas jeszcze uposażyć trochę. na tej zasadzie, że jak ona wybierała dodatki do domu to ja miałam przytakiwać. starałam się jak mogłam a i tak mi powiedziała, że miny robię. przebolałam! z ikei postanowiła wracać na piechotę (z zakupami) 12 kilometrów! buty mnie obtarły ale przebolałam! po kolacji (w trakcie się dowiedziałam, że zbyt zdrowo gotuję(?)) miała dla mnie prezent. ledwo byłam żywa po wycieczce ale się ucieszyłam. jak zobaczyłam co mi kupiła to mi przeszło. to była sukienka. tylko, że nie mój kolor, nie mój fason, i nawet nie mój rozmiar. podziękowałam grzecznie i jakoś przebolałam. dziś wpadła do nas do pokoju o 6 rano z tekstem żeby nie spać do południa i od razu uraczyła nas rodzinnymi opowieściami. nie wiem o czym mówiła bo marzyłam o kawie. póżniej zupa była za mało pieprzna (chociaż na stole stał pieprz i mogła doprawić) a dwie godziny temu mąż ją zabrał do jakiegoś sklepu bo podobno karnisze u nas trzeba wymienić. nie wiem czemu bo są nowe. dziś się też dowiedziałam, że zaprosiła do nas swoją siostrę (równie utalentowaną jak ona) i będą siedziały u nas do soboty. jak ja to przeżyję?
wielkie dzięki tym, którzy przeczytali to do końca