sobota, 31 grudnia 2011

2012

Wszystkiego najlepszego w nadchodzącym 2012 roku dla wszystkich, którzy tu wpadają :)

środa, 28 grudnia 2011

Mamusia i jej siostra atakują

Witam wszystkich :)
Jak po każdej wizycie u Mamusi, tak i tym razem mam zamiar wylać swoje żale. Boże Narodzenie było dla mnie w tym roku wyjątkowo brutalne.
W piątek pojechaliśmy z mężem do miejscowości, w której mieszkają nasze mamy. Jak co roku mieliśmy tam spędzić święta. Zabraliśmy się ze znajomymi, którzy mieszkają w naszej okolicy. W trakcie podróży okazało się, że Mamusia zażyczyła sobie żeby się u niej stawić jeszcze tego samego dnia. Nie mieliśmy wyboru i późnym wieczorem od razu pojawiliśmy się na audiencji.
Okazało się przy okazji, że do Mamusi przyjechała jej siostra. Ta sama, która nas kiedyś odwiedziła w Krakowie. Mamusia chciała nas widzieć bo miała ważną sprawę do mnie. Tą ważną sprawą była „piękna” sukienka, którą Mamusia zakupiła dla mnie w szmateksie. Nie mam nic do ubrań ze szmateksu ale to co Ona tam kupiła to już jest jakaś totalna przesada. I to już nawet nie jest śmieszne.  Tym razem przywlekła długaśną do ziemi kieckę, całą powyklejaną cekinami i koralikami (przy oglądaniu połowa z nich odpadła) i dodatkowo z dziurą. Mamusia doskonale wie, że u mnie w szafie jest fura kiecek jeszcze z metkami, które dostaję od siostry a i tak zwleka mi do domu rzeczy, których nigdy nie będę nosić. Nie wiem jaki ma w tym cel. Widok tej kiecki i tekst Mamusi, że wreszcie będę modna w sylwestra rozłożył mnie na łopatki i popsuł mi humor na całe święta.
W sobotę rano nie było lepiej. Obrywało się każdemu, kto się pojawił w polu widzenia. Dla bezpieczeństwa sąsiadów nie wychodziłam tego dnia z domu. Udało mi się jednak jakoś dotrwać do wieczora. Wigilia jakoś minęła i już mieliśmy się z mężem wybierać do Mamusi w odwiedziny jak okazało się, że moja mama źle się czuje. Nie mogłam iść i jej zostawić. Wysłałam męża samego mając w nosie to czy Mamusia strzeli focha czy nie.
Po jakiejś godzinie mąż wrócił do domu i powiedział mi, że Ciocia kazała mi przekazać, że jak moja mama się źle czuje to się powinna wybrać do chirurga. Zaczęliśmy się wtedy oboje zastanawiać co ten niby chirurg miałby jej wyciąć albo przeszczepić żeby się lepiej poczuła ale za Cioci myśleniem nikt jeszcze nie nadążył więc porzuciliśmy temat. Tego wieczoru wcześnie poszliśmy spać bo wiedzieliśmy, że dnia następnego czekają nas odwiedziny u Mamusi.
W niedzielę wstaliśmy wyjątkowo późno i w gości zbieraliśmy się wyjątkowo długo.  Nałożyłam chyba z 7 warstw makijażu i przebrałam się z 10 razy by oczywiście wyjść w stroju, który wybrałam jako pierwszy. Z wyjściem w gości zwlekaliśmy tak długo jak się tylko dało. Nie mogliśmy tego robić w nieskończoność i telefon od Mamusi skutecznie przyspieszył proces wyjścia z domu mojej mamy.
Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że Mamusia i Ciocia już nas oczekują przy zastawionym stole. Od razu przy wejściu poprosiłam o wino bo nie widziałam innego sposobu przeżycia tych kilku godzin. Kiedy już zasiedliśmy z mężem przy stole zaczęło się nauczanie Mamusi obsługi komputera, który sobie niedawno zakupiła aby być Mamusią multimedialną. Wiedziałam, że zmysł pedagogiczny mojego męża jeszcze się na nim zemści. Nie musiałam długo czekać bo po jakichś 10 minutach to Mamusia tłumaczyła mojemu mężowi jak działa skype i kilka innych programów.
Kiedy mąż zaczął z drugiego końca stołu robić do mnie miny ja zagadałam Ciocię na temat pogody w Warszawie. Ciocia do tej pory przysłuchująca się komputerowym naukom stwierdziła, że taki komputer to chyba nawet lepszy wynalazek niż telefon stacjonarny. Nie wiedziałam jak to skomentować i z uporem maniaka kontynuowałam tematy meteorologiczne. Chwilę później lekcja informatyki już się zakończyła i Mamusia stwierdziła, że ona i tak już wszystko wie.
Jakoś tak w połowie drugiej lampki wina, kiedy już się zaczęłam delikatnie znieczulać ktoś podjął temat dentystów i leczenia zębów. Przyznałam się nieopatrznie do ostatnio przebytego leczenia kanałowego i kwoty jaką za nie zapłaciłam. Natychmiast się od Cioci dowiedziałam, że mój ząb jest źle leczony, źle wygląda i w Warszawie już się to robi inaczej. Oczywiście też za dużo zapłaciłam. Pomyślałam sobie, że mój źle wyleczony ząb wygląda całkiem dobrze skoro nawet nie widać po nim żadnej ingerencji. Jedno pytanie tylko mnie do dziś dręczy: skąd Ciocia wie, że mój ząb źle wygląda jeśli chodzi o górną ósemkę. Nic, tylko rentgen w oczach.
Kiedy temat zębów został zakończony dowiedziałam się od Cioci kolejnej interesującej rzeczy. Nie wiem czy macie świadomość, że gładzie gipsowe są niezdrowe!? Nie zapytałam tylko czy trzeba się nimi natrzeć czy najeść żeby tej „niezdrowości” doświadczyć. Mąż szturchał mnie pod stołem z błaganiem w oczach żeby tego tematu nie ciągnąć. Dałam więc spokój.
Kolejnym równie ważnym tematem poruszanym przez Ciocię i Mamusię było działanie leków na trawienie. Nie podejmowałam tematu, piłam swoje wino zerkając na choinkę, która z każda minutą była jakby delikatnie bliżej drzwi. A może to przez wino. Nie wiem.
Z przemyśleń wyrwał mnie dopiero tekst Mamusi, że przygotowała dla mnie coś w kilogramowych, plastikowych wiadereczkach. Wytrzeźwiałam szybko i pomyślałam sobie: „Boże! Niech to nie będzie smalec!”. Na szczęście nie był to smalec ale równie tłusta galareta wieprzowa. Tak czy siak wiedziałam, że nie pojem a zatargać do Krakowa to będzie trzeba. Targanie klamotów na szczęście już przed wyjazdem zwaliłam na męża.
Kulminacyjnym punktem wieczoru było oglądanie sześciu plisowanych spódnic Mamusi, które zakupiła po tym jak jej powiedziałam, że są modne. Kupiła także, przeźroczystą, plastikową torebkę ale z tym to ja już nie miałam nic wspólnego.
Jakoś dotrwaliśmy do końca spotkania i powoli powlekliśmy się do domu. Nie sami jednak. Ciocia i Mamusia postanowiły nas odprowadzić. Chciały spalić trochę kalorii po długim biesiadowaniu. Miały chyba też ochotę trochę się wystroić. Ciocia miała granatowy płaszcz i zielony kapelusz, które gryzły się ze sobą jak szlag a Mamusia postawiła na kolorystyczny minimalizm i cała była w beżu. Nie wiem czy zamierzoną ekstrawagancją było założenie kapelusza z kwiatkiem tył na przód czy to przypadek. Co by to nie było to i tak miałam ubaw przez całą drogę. Widać nawet potylicę można sobie czasami przystroić. Dobrze, że nie światełkami choinkowymi :D
Kiedy dotarliśmy do domu mojej mamy, oboje z mężem na resztę wieczora zalegliśmy przed telewizorem. Znajomi nas olali więc nie pozostało nam nic jak tylko błogie lenistwo.
W poniedziałek rano musieliśmy się już zbierać do domu bo we wtorek trzeba było iść do pracy. Mąż odebrał wałówę od Mamusi i ruszyliśmy w drogę. Mamusia jednak nie zabezpieczyła jedzenia, które nam dała i wszystko rozmarzło. Dlatego od poniedziałku jemy tylko pierogi. To znaczy mąż je bo ja się odchudzam :D

piątek, 23 grudnia 2011

WESOŁYCH ŚWIĄT!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń i dużo świętego spokoju (tego życzę bardziej sobie :) )

A po Świętach dalszy ciąg moich opowieści o przygodach Mamusi i być może instrukcja jak uciszyć teściową przy użyciu 12 wigilijnych potraw i zastawy stołowej :D

trzymajcie za mnie kciuki :D

piątek, 2 grudnia 2011

światło i dźwięk

Witam :)
Nie byłam ostatnio u Mamusi ale muszę Wam coś opowiedzieć. Sytuacja, którą Mamusia ostatnio spowodowała postawiła na nogi pół wsi, w której mieszka. To, że Mamusi nikt nie podskoczy to ja wiem ale żeby nawet Matka Natura? Może opowiem od początku…
Jakieś 2 albo 3 tygodnie temu w sobotę jak to bywa często jesienią Mamusia sprzątała sobie koło domu. Grabiła liście walcząc z wiatrem, a że podwórko ma raczej duże to długo wszystko trwało. Ciężka praca trwała do wieczora i właśnie tuż przed zmrokiem Mamusia napotkała na problem. Co zrobić z furą liści co się je cały dzień grabiło? No jak to co? Trzeba podpalić! Zasmrodzić sąsiadom pranie, spowodować znaki dymne, po których resztka rdzennych Siuksów i Czipewejów wyrżnie się w pień. A co! Mamusi nie wolno?
Jak pomyślała, tak zrobiła. Podpaliła stertę liści, a że jest odpowiedzialna (o czym mogliśmy się już niejednokrotnie przekonać) to postanowiła dopilnować aby wszystko bezpiecznie się wypaliło do ostatniego listeczka. Mamusia jest nie tylko odpowiedzialna ale także szybko bywa znudzona (o tym też się już przekonałam i przez to mam pierwsze siwe włosy) i czekała przy ognisku do przedostatniego listeczka. Mimo wredoty Matki Natury udało się wyzbierać wszystkie liście i zrobić trawnikom zaczeskę z tego co jeszcze na nich zostało. Mamusia upewniła się, że ognisko się wypaliło i zgasło, po czym udała się do domu na zasłużony odpoczynek. Jakiś czas później usłyszała syrenę strażacką. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie to, że syrena natrętnie i głośno wyła tuż koło jej domu. Mamusia wyszła na zewnątrz. I co się okazało? Stojąca koło ogrodzenia potężna akacja sąsiada stała w płomieniach jak pochodnia. Już to widzę oczami wyobraźni jak się Mamusi ze zdziwienia trwała ondulacja prostuje :D
Okazało się, że stara i sucha akacja nie daje się tak łatwo ugasić i trzeba wezwać drugi wóz strażacki. Ci sąsiedzi co nie słyszeli pierwszego mieli na szczęście szansę usłyszeć drugi. Sądzę, że cała wieś miała tego wieczora atrakcję pt. „światło i dźwięk”. 
Tak to się skończyło sprzątanie Mamusi. Nawet akacja u sąsiada została dokładnie wysprzątana, po Mamusiowemu -  do ostatniego listeczka. :D
Morał z tego może być tylko jeden: u Mamusi nawet Matka Natura ma przewalone. 

poniedziałek, 31 października 2011

lepsza niż pomysłowy Dobromir

Witam wszystkich kolejny raz :)
                Jak to zazwyczaj bywa przy okazji wszelkiego rodzaju świąt, tak i tym razem wybraliśmy się z mężem do Mamusi. Ja pojechałam pierwsza bo miałam już wolne w pracy i w środę zaturlałam się autobusem do miejscowości, w której obie mamy mieszkają. Kilka dni wcześniej Mamusia dzwoniła do mnie żeby mi powiedzieć, że jak tylko przyjadę to mam jej dać znać to się znowu wybierzemy na zakupowy szał do szmateksu. Tym razem nie dałam się nabrać. Nie dałam znać (wiem, wiem, świnia jestem) i dwa dni u mojej mamy szalałam w ogrodzie z łopatą. Umordowałam się jak świr bo był spory kawałek ogródka do przekopania ale jakoś dałam radę.
W piątek zmęczona ale zadowolona z wykonanej pracy siedziałam sobie w domu i piekłam rybkę gdy nagle zadzwoniła do mnie Mamusia (mąż mnie znów sprzedał, Judasz jeden). Miała troszeczkę focha, że się nie odezwałam ale jak usłyszała, że ja wczasów nie mam i mamie pomagam to jej przeszło. No tak na sto procent nie wiem czy jej przeszło ale mam to w nosie. Grunt, że wycieczka mnie ominęła. Oznajmiła mi przy okazji, że jest właśnie w szmateksie i ogląda piękną kwiatową tunikę (teraz się to chyba nazywa „floral” o ile się nie mylę) i mogłabym ją nosić do getrów i golfa. Dodam, że nie noszę getrów ani golfów ale według Mamusi golf pasuje do wszystkiego. Nie wiem czy można go założyć do sukni ślubnej ale jak do wszystkiego to do wszystkiego.
W piątek wieczorem po pracy przyjechał mąż, siostra podwiozła go do mnie i we czworo (bo była jeszcze jej córka) ruszyliśmy w dalszą trasę. Byliśmy u Mamusi ok 21. Mamusia smażyła właśnie placki ziemniaczane i zaczęła nas częstować. Ja się wykpiłam dietą jak zwykle ale reszta jeść musiała. Po jedzeniu Mamusia koniecznie chciała się pochwalić jaki opracowała patent w zaciszu domowym na to, aby stopy nie marzły. Nie wiem jak inni ale ja, jak mi zimno w stopy to zakładam skarpetki i kapcie. Dla Mamusi to by było zbyt proste. Mamusia wyjaśniła nam najpierw że posiada takie stopy, że jak jej ciepło w skarpetach w kostki to jej gorąco w palce a jak nie ma skarpet to w palce jej w sam raz a w kostki zimno. Ot, takie ma bidula stopy. Aby rozwiązać ten problem Mamusia odcina od skarpetek tą część, która zakrywa palce i takie coś sobie zakłada. W kostki ciepło a paluchy na wierzchu się wietrzą. Wpadlibyście na takie coś? Ja nie. Mało tego! Nie potrzeba niszczyć skarpet aby taki wynalazek skonstruować. Wystarczy obciąć rękawy od jakiejś starej bluzki i gotowe! Można mieć wtedy stopki, skarpetki albo nawet pończochy ze ściągaczem. Zastanawiałam się nawet czy ze swetra z golfem można zrobić majtki z golfem i z nogawkami (bez palców oczywiście) ale tu moja wyobraźnia napotyka na granice i niestety nie ogarniam tego problemu. Akurat jak byliśmy u Mamusi to miała na stopach żółto-żarówiaste rękawy odcięte od czegoś. Nie wiem czym to kiedyś było ale domyślam się, że jakąś bluzką. Mąż jak to zobaczył to mało się nie przewrócił ze śmiechu. Widać jego wyobraźnia też tego tematu nie ogarnia. Siostra męża mało z krzesła nie spadła a jej córka wybałuszyła oczy i tak już biednej zostało.
Mieliśmy nadzieję, że pokaz sztuki krawieckiej skończy się na skarpetach. Nie skończył się. Mamusia wytargała z szafy zielonkawo-niebieski szlafrok z koronką i kazała mi się w niego ubierać. Zaczęłam się oczywiście bronić i powiedziałam, że ja szlafroków to chyba mam z 7 a maż dodał, że wyglądałabym w nim jak Alexis z Dynastii. Dotarło do niej i dała sobie spokój a my zrozumieliśmy, że czas zakończyć wizytę. Tym razem wszyscy śmiali się ze mnie i szlafroka ale jakoś zdołali dojść do samochodu i pojechaliśmy do mojej mamy. Tam jak zwykle z mężem zostaliśmy na noc. 
W sobotę rano mąż miał parę spraw do załatwienia i zmył  się z domu wcześnie rano a my z moją mamą postanowiłyśmy iść na cmentarz i posprzątać co trzeba. Jak tak sobie jechałyśmy na rowerach uzbrojone w grabie i inne potrzebne do sprzątania narzędzia farmerskie, nagle usłyszałam w buzi TRRRRRACH!! Nie wiedziałam czy to pękł cukierek, którego sobie właśnie memłałam czy ząb. Okazało się, że ząb. Na szczęście to był ząb z tyłu ale siły i chęci do pracy i tak mnie opuściły bo mam świra na punkcie swoich zębów i nie mogę przeżyć jak mi się tam coś dzieje. Wnerwiona na cały świat sprzątałam wokół grobów a później zaczęłam pielgrzymkę po gabinetach stomatologicznych. W naszej miejscowości są trzy ale ze względu na to, że była sobota to dwa były zamknięte a w trzecim otworzyła mi żona dentysty i powiedziała, że mnie nie przyjmie. Nawet nakłamałam, że mnie boli ale to i tak nic nie dało. W sumie to się jej nie dziwię bo gość jest starszy niż węgiel i pewnie się bała żeby jej przedwcześnie nie zszedł z przepracowania. Zła poszłam do domu biadolić mamie.
Po południu wrócił mąż i znowu (jakby było mało tragedii na jeden dzień) poszliśmy do Mamusi w odwiedziny. Mamusia akurat siedziała w krzakach i wyrywała jakieś suche patyki z ziemi. Na głowie miała zawiązany szalik i od razu mi przypomniała film „Karate Kid”. Nie miałam siły się nawet śmiać. Jak Mamusia usłyszała o moim zębie to wymyśliła, że powinnam go sobie zaklajstrować modeliną. Zbladłam i zaczęłam się zastanawiać czy aby nie ma ona w domu modeliny i nie zechce mi mimo mojej woli udzielać pomocy. Może to i jakiś pomysł jest z tą modeliną ale ja do własnych zębów nie mam zamiaru niczego pakować na własną rękę bo chce je zabrać w komplecie kiedyś do grobu. Taki mam kaprys i już! Od obiadu u Mamusi wykręciłam się tym razem brakami w uzębieniu. Mamusia ugotowała jakąś ładnie pachnącą zupę ale byłam zbyt wnerwiona żeby jeść. Od Mamusi powlekliśmy się z mężem do znajomych ale ich nie było, później do koleżanki ale nie miała dla nas czasu a jeszcze później do innej koleżanki, która jak się okazało też gdzieś się z domu ulotniła. Normalnie to była czarna sobota. Skończyło się na czytaniu książek i oglądaniu telewizji.
W niedzielę wróciliśmy do Krakowa i był ciąg dalszy pielgrzymowania po gabinetach stomatologicznych. Wreszcie udało się uzyskać jakąś pomoc. Znów musiałam kłamać, że boli ale dentysta trafił mi się jakiś łatwowierny i mnie przyjął. Zostawiłam u niego kupę kasy ale przynajmniej wiem, że dalej będę się cieszyć kompletnym uzębieniem. Byłam u niego też dziś bo od razu mi powiedział, że to się na jednej wizycie nie skończy. Tak więc siedzę sobie dziś napruta lidokainą i jest czad…  :D

czwartek, 15 września 2011

"szoping" z Mamusią

W piątek wieczorkiem pojechaliśmy do naszej rodzinnej miejscowości bo w sobotę miał być u mnie rodzinny zjazd przy kiełbasie i karkówce z grilla. Dotarliśmy do mojej mamy późno wieczorem i od razu poszliśmy spać. W sobotę rano zaczęłyśmy z mamą szykować imprezę a po południu nadjechali goście. Czas szybko zleciał jak to bywa zazwyczaj na imprezach. W niedzielę rano moja mama próbowała mnie przekabacić żebym jeszcze nie wracała do domu. Dałam się namówić a pomógł mi w tym kac, który od rana mną targał. Mąż po południu wrócił do Krakowa bo w poniedziałek musiał iść do pracy a ja zostałam. Myślałam, że spędzę spokojnie czas bawiąc się z psem i odwiedzając koleżanki. Ależ się myliłam! W niedzielę wieczorem jakiś szpieg (jeszcze nie wiem kto, ale się dowiem) doniósł Mamusi, że nie pojechałam. Mamusia natychmiast do mnie zadzwoniła proponując mi wspólny wypad na zakupy. Chciałam odmówić ale tak dawno nie byłam na zakupach, że się skusiłam. Coś tak czułam, że będę cierpieć. Chyba pierwszy raz w życiu intuicja mnie nie zawiodła. Zazwyczaj nie potrafię nawet deszczu przewidzieć chociaż ludzie chodzą z parasolami.
Spotkałyśmy się z Mamusią w poniedziałek rano na przystanku autobusowym i pojechałyśmy do oddalonego o 20 km miasta. Podróż minęła prawie spokojnie. Napisałam „prawie” bo Mamusia zjadła na śniadanie chyba worek cebuli i jej chuch był zabójczy. Dobrze, że byłyśmy w tym autobusie tylko 25 minut bo bym się udusiła. Próbowałam nie oddychać jak do mnie mówiła. Niedotleniona ale mimo wszystko zadowolona wysiadłam z Mamusią z autobusu i poszłyśmy do jej ulubionego szmateksu. Pod drzwiami stał już tłum ludzi zachowujących się tak, jakby od kupowania ubrań zależały losy świata. O godzinie 9 otworzyły się drzwi sklepu i tłum jak szalony wpadł do środka. Mamusia pobiegła w jedną stronę a ja niezwłocznie udałam się w drugą. Spokojnie polowałam sobie na jakiś fajny ciuszek. Po kilku minutach zobaczyłam, że Mamusia się zbliża. Szukała sobie czegoś na wieszakach ubrana w… szlafrok! I to męski! Kolejny raz poczułam się jak góral co ma kierpce na rzepy. Postanowiłam się dyskretnie oddalić. Bardzo bym była zdziwiona gdyby mi się to udało. Mamusia oczywiście od razu mnie wytropiła w tłumie i cały czas ubrana w szlafrok pokazywała mi jakie rewelacyjne ubrania znalazła dla mojego męża (stwierdziła od razu, że takiej okazji nie może zmarnować i to kupi). Były to trzy koszulki z długim rękawem. Mi też się podobały tym bardziej, że były damskie. Ucieszyłam się bo za chwilę miałam się wzbogacić o trzy fajne bluzeczki, których z wiadomych powodów mój mąż nie będzie nosił. Znalazłam sobie jeszcze dwie pary spodni i sukienkę. Mamusia oczywiście cały czas się upierała, że się w to nie zmieszczę ale moja miarka w oczach jeszcze mnie nigdy nie zawiodła. Po godzinie łowów już totalnie nie miałam siły i chciałam zakończyć te szmateksowe zakupy. Mamusia jednak dopiero się rozkręcała. Z nudów znalazłam jej dwie spódnice z których o dziwo się ucieszyła. W rewanżu ona znalazła mi sweter. Kolor miał ładny ale był o kilka rozmiarów za duży. Powiedziałam, że to nie jest sweter na mnie ale dowiedziałam się tylko, że osoby otyłe(?) jak ja powinny się bardziej zakrywać. Na szczęście sweter miał niewielką dziurę pod pachą i tym się od niego wybroniłam. Kiedy minęła następna godzina Mamusia miała już 3 pełne koszyki a ja myśli samobójcze. To jednak jeszcze nie był koniec. Znalazła wspaniałą męską kurtkę (skórzaną, totalnie zniszczoną i do tego jeszcze z plamą). Postanowiła jej nie kupować i zaczekać do wtorku jak będzie za 1 zł. Wymyśliła, że wyśle po nią swoją córkę, która mieszka w okolicy. Na przemyśleniach na temat kurtki zleciała następna godzina a mnie już tak bolały nogi, że chciało mi się płakać. W końcu stwierdziła, że jej gorąco i musimy iść. Jakby nie miała na sobie tego puchatego szlafroka to spędziłybyśmy tam chyba jeszcze ze dwie godziny. Poszłyśmy do kasy, zapłaciłyśmy za zakupy i pojechałyśmy autobusem do domu. Jak już byłyśmy na miejscu Mamusia zaproponowała mi, że jak któreś spodnie będą za długie to mam przyjść i ona mi je skróci. Pech chciał, że jedne były za długie i musiałam wieczorem się do niej wybrać. Wpadłam do niej z nadzieją, że wszystko pójdzie szybko. Nie poszło! Mamusia przez 20 minut nawlekała nitkę na igłę. Nie mogłam tego znieść i zrobiłam to za nią. Muszę wspomnieć, że szycie nie odbywało się w domu tylko na podwórku bo widniej. Trwało to ponad godzinę. Było coraz ciemniej i coraz bardziej gryzły komary. Już myślałam, że nie wysiedzę. Jakoś jednak wytrzymałam bo miałam długie spodnie i bluzkę z długim rękawem i komary głównie chlały Mamusię po nogach bo miała szorty :D
Ze skróconymi spodniami wróciłam do siebie do domu i już bez kolacji poszłam spać. Pierwszy raz od dawna nie miałam problemu z zaśnięciem. Zwyczajnie padłam ze zmęczenia. Następnego dnia rano byłam szczęśliwa, że wracam do Krakowa. Najpierw zadzwoniłam do siostry męża, aby jej powiedzieć, żeby przypadkiem nie znalazła tej skórzanej kurtki co Mamusia dzień wcześniej upatrzyła. Na szczęście siostra męża nawet się po nią nie wybierała. Moje poranne szczęście nie trwało długo bo od rana do południa Mamusia dzwoniła do mnie chyba z 8 razy. Postanowiła nam naszykować trochę jedzenia bo pewnie jak zwykle u nas nic nie ma i konsultowała telefonicznie ze mną każdy słoiczek z grzybami, każdego kotleta i każdego pieroga, które wkładała do torby. Kiedy telefony wreszcie ucichły postanowiłam pomóc mamie i pojechałyśmy posprzątać na cmentarz. Kiedy wróciłyśmy do domu miałam 4 połączenia nieodebrane od Mamusi (nie zabrałam ze sobą telefonu. No bo i po co?). Musiałam niestety oddzwonić. Dowiedziałam się, że Mamusia znalazła dla mnie świetną spódniczkę, którą koniecznie musi mi dać i mam szybko do niej przyjechać. Pojechałam najszybciej jak mogłam ale najpierw zjadłam obiad, poleżałam, pobawiłam się z psem, zadzwoniłam do koleżanki i do męża. W końcu się do Mamusi wybrałam. Weszłam do domu (drzwi były otwarte) i nikogo tam nie zastałam. Obeszłam cały ogród i też nikogo nie było. Zaczęłam ją wołać ale cisza. Nagle coś trzasnęło obok domu. Poszłam to sprawdzić i zobaczyłam, że Mamusia razem z gałęzią z orzecha siedzi na trawie. Powiedziała mi, że zrywała orzechy i spadła. Pomyślałam sobie, że jak się w wieku 60 lat łazi po drzewach to trzeba się z tym liczyć, że można spaść (no do góry się raczej nie poleci). Nic się na szczęście Mamusi nie stało bo od gałęzi na której stała do ziemi było całe pół metra. Zwierzyła mi się jeszcze przy okazji, że strasznie boli ją głowa. Miałam zapytać czy to czasami aureola ją w głowę nie ciśnie ale się powstrzymałam. Zaproponowałam tabletkę przeciwbólową ale stwierdziła, że ona trucizn nie łyka. Poszłyśmy w końcu do domu i dostałam spodniczkę. Spódniczka była ciulowa (tzn. tiulowa :D) w kolorze wściekło różowym i tylko trochę za duża. Dawała mi ją z tekstem „chciałam ci dać coś w czym na pewno będziesz chodzić”. Heh! Żebyś się nie zdziwiła! Podziękowałam oczywiście i pojechałam do domu. Godzinkę później przyjechała po mnie siostra męża i odwiozła mnie do Krakowa.

PS. Mamusia oczywiście nie kupiła szlafroka, w którym paradowała przez 3 godziny po sklepie ale przynajmniej się od niej dowiedziałam, że to nie był szlafrok tylko płaszcz kąpielowy. No, jak zwał, tak zwał…

środa, 14 września 2011

desant w lesie

Właśnie powróciłam z weekendowych wojaży u Mamusi.
Nasz weekend zaczął się w czwartek. Rano zatachaliśmy torby do pociągu. Mieliśmy dużo rzeczy nie brać ale oczywiście Mamusia zażyczyła sobie puste słoiki i plastikowe pojemniki po smalcu. Oczywiście słoików było sporo bo ogórki kiszone robi nieziemskie i furę zjedliśmy. Przy smalcu zaczął się problem. No bo co tu zrobić z 3 kg tego maziajstwa? Wydłubałam to wszystko łyżką z pojemnika i wywaliłam. Nie widziałam innego wyjścia jak się tego pozbyć. Moja wątroba do dziś jest mi wdzięczna.
Przed podróżą obdzwoniliśmy wszystkich znajomych z miejscowości Mamusi żeby się nastawili na jakiegoś grilla albo ognisko. Nie trzeba było ich prosić. Umówiliśmy się na sobotę wieczór.
5 godzin turkotaliśmy się pociągiem. Mąż zabrał sobie książkę do czytania i miał zajęcie a ja miałam słuchać muzyki ale oczywiście zapomniałam zabrać słuchawek. Po dwóch godzinach tak mi się już nudziło, że mało nie oszalałam. Jak zwykle w pociągu zaczęłam wysyłać zmyślone rymowanki do znajomych (podobno Artur Andrus też tak robi). Na pierwszy rzut do koleżanki poleciało:
Już dojeżdżam do Rzeszowa
Obok w polu stoi krowa
Krowa sprytna, zwinna, harda
Dała dyla z McDonalda

No nie upieram się, że są to jakieś ambitne wiersze. Jak wymyślałam następne „dzieło” do przedziału wpadł konduktor żeby sprawdzić bilety. Parsknęłam śmiechem bo koleś wyglądał jak Gargamel. Normalnie mu tylko kota brakowało. Na szczęście dosiadł się do nas ojciec z 6-letnią córką i miałam zajęcie do końca podróży. Jak już się poznałyśmy to przez ponad dwie godziny śpiewałyśmy piosenki, wymyślałyśmy bajki, rysowałyśmy, robiłyśmy statki z papieru i pletłyśmy sobie nawzajem warkocze. Reszta pasażerów trochę się podśmiewała ale co tam. Kolejny raz się potwierdziło to, że lubią mnie dzieci, psy i świry. Kiedy dojechaliśmy do stacji docelowej na peronie czekała na nas siostra męża bo miała nas podrzucić do Mamusi i sama miała tam zostać na weekend. Do mamusi jechaliśmy pół godziny. Najpierw zajechaliśmy do mojej mamy żeby zostawić część gratów (mamy mieszkają w tej samej miejscowości). Klepiąc zdrowaśki udaliśmy się dalej. Jak tylko dojechaliśmy pod bramę Mamusinej hacjendy zobaczyłam, że coś się rusza w krzakach tuż przy furtce. Pomyślałam sobie, że pies. Myliłam się! Nagle wyskoczyła z krzaków Mamusia. Mąż jak tylko ją zobaczył jęknął „o Matko Boska!”. Jego siostra zaczęła się śmiać na głos a ja doznałam szoku. Chodziło o strój Mamusi. Ubrana była w bieliznę. Taką zwyczajną co się pod ubranie zakłada z tą różnicą, że do misek stanika miała doszyte trójkąty oderwane ze stroju kąpielowego. Jak tylko wysiedliśmy z auta mąż zapytał czemu Mamusia w „gaciorach i stanicorze po podwórku lata”. Okazuje się, że Mamusia stroju kąpielowego nie posiada a cały dzień opalała się grzebiąc w kwiatkach. I to przed domem. Na widoku. Pochwaliłam oczywiście ten majstersztyk krawiecki bo nie wiedziałam jak to skomentować. Szybko udaliśmy się do domu a Mamusia na szczęście za nami. Oddaliśmy słoiki, pochwaliliśmy ogórki (mówiliśmy prawdę) i smalec (tu kłamaliśmy). Zaoferowano nam na kolację oczywiście kanapki ze smalcem ale udając, że nie mamy czasu poszliśmy niezwłocznie do znajomych dwa domy dalej. Jakoś czas nam zleciał. Od znajomych poszliśmy spać do mojej mamy (jak zwykle) zostawiając siostrę męża samą na placu boju. W piątek rano po zjedzeniu śniadania postanowiliśmy pomóc trochę mojej mamie. Zadania były takie jak zawsze. Ja sprzątałam dom a mąż latał jak szalony z kosiarką do trawy. Po obiedzie zadzwoniła do nas siostra męża błagając nas żebyśmy wreszcie przyszli bo Mamusia nas oczekuje. Poszliśmy trochę się ociągając. Jak weszliśmy do niej na podwórko wyszła do nas i oznajmiła, że wszyscy idziemy na grzyby. Nie trzeba było mnie dwa razy prosić. Poszliśmy do lasu mimo tego, że nie byliśmy za bardzo na to przygotowani. Oczywiście pogryzły mnie komary bo miałam krótkie spodenki i bluzkę bez rękawów. Zbierając grzyby słuchaliśmy opowieści Mamusi jak to za czasów jej młodości było fajnie. W pewnej chwili zauważyłam, że gdzieś zniknęła siostra męża. Wysłałam jej smsa z pytaniem czy się zgubiła czy zwiała. Okazało się, że zwiała. Pokazałam smsa mężowi i za kilka minut usłyszałam od niego hasło „wiejemy!”. Zwialiśmy! Wreszcie sami spacerowaliśmy po lesie i nie musieliśmy wysłuchiwać Mamusinego trajkotania za uszami. Jakieś 2 godziny później wróciliśmy do domu. Mamusia i siostra męża już tam były. Mamusia przywitała mnie wywodem na tematy:
- naszego niemyślenia o życiu (bo zgubiliśmy się w lesie)
- naszej nieodpowiedzialności (bo przecież zgubiliśmy się w lesie)
 Normalnie się wściekłam! Dobrze, że mąż tego nie słyszał bo pewnie by jej powiedział co myśli. Wysłuchałam tego wywodu do końca i poszłam sprawdzić w ogrodzie jak pomidory i ogórki rosną. Jak tak sobie siedziałam miedzy grządkami i paliłam papierosa zapałałam rządzą zemsty. Siedzieliśmy tam do wieczora. Koło godziny 19 postanowiliśmy odezwać się do znajomych w sprawie grilla. Oczywiście byli chętni. Grilla mieliśmy robić u Mamusi bo ma na to fajnie przygotowane miejsce i wszyscy nasi znajomi mają do niej blisko. Mąż zadzwonił do niej z pytaniem czy nam pozwoli i czy ma ochotę z nami posiedzieć. Powiedziała, że nie ma jej w domu bo właśnie jedzie do Kielc i wróci w czwartek. Zgłupieliśmy! Grilla oczywiście zrobiliśmy ale zatarliśmy wszystkie dowody zbrodni żeby nie było, że bez pytania…
W niedzielę rano poszliśmy sami na grzyby i dwie godziny w lesie walczyliśmy z komarami, które były tego dnia jakieś takie nienażarte. Ale za to grzybów było trochę więcej niż w piątek. Mąż stwierdził, że pewnie było ich tyle samo ale za dużo czasu zajęło nam celowe gubienie się w lesie polegające na chowaniu się za drzewami przed Mamusią. Jak o tym teraz pomyślę to albo wyglądaliśmy jak komandosi podczas desantu albo jak jakieś dwa głupki. Następnych kilka godzin spędziliśmy na lenistwie a o 16 siostra męża odwiozła nas na pociąg. Wtarabaniliśmy się do środka i tym razem bez darów od Mamusi wróciliśmy szczęśliwi do domu.
Dziś tak się zastanawiam czemu Mamusia tak nagle wyjechała? Mieliśmy do niej zadzwonić ale sobie darowaliśmy :D

sobota, 3 września 2011

smalec i płonące róże

W zeszłym tygodniu Mamusia zadzwoniła i powiedziała, że zjawi się u nas na weekend. Jak zaraza nadciągnęła w piątek wieczorem. Jak zwykle z mężem odstawiliśmy z rana rytualne już sprzątanie. Odkurzanie, czyszczenie, mycie okien, wietrzenie, chowanie piwa (dwa poprzednie jeszcze się nie znalazły), chowanie popielniczki, trzepanie dywanu itd. Postanowiłam zawiesić także zasłony, które dostałam od Mamusi, a które niezwłocznie zdjęłam zaraz po jej wyjeździe. Umęczyłam się jak jakiś głupek ale mi się udało zawiesić je tak jak Mamusia przykazała. Na cały weekend jak zwykle postanowiliśmy rzucić palenie.
 Mamusia nadciągnęła około godziny 19 i od razu nam powiedziała, że ona taka nie jest, żeby przyjechać z pustymi rękami. Oczywiście dary przywiezione od Mamusi przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Dostaliśmy obrus w kolorze… hmm. Połączenie brązowego, czerwonego, zielonego i może żółtego z przewagą brązowego oczywiście. Coś jak kolor zmyślony przez mojego ojca – nordyk podpalany albo karmelikowy w kratkę. Pomyślałam sobie z nadzieją, że może szybko się barszczem czerwonym zachlapie. Do pięknego obrusa Mamusia dołożyła nam oczywiście serwety na komodę i stolik do kawy w identycznym niezidentyfikowanym kolorze. Prawie mi puściły nerwy jak zaczęła mi to rozkładać na meblach i wypaliłam: ale to do zasłon nie pasuje! Mamusia zdębiała. Jest chyba jednak mądrzejsza ode mnie i przejrzała mój chytry plan. „ale do tego pasuje”- odpowiedziała i wyciągnęła z walizki dwie wielkie róże, które służą do naklejenia na ścianę. „o Matko Boska!” jęknął mąż pod nosem i natychmiast stwierdził, że niezwłocznie musi się udać ze śmieciami. Wiadomo z czym to się wiąże. Zabrał mi jedyny powód wyjścia z domu. Oczywiście naklejki na ścianę przyjęłam z genialnie udawaną radością. Powiedziałam, że jak tylko przemalujemy mieszkanie to je natychmiast nakleimy. Mamusia stwierdziła, że powinnam je nakleić koło stołu to nie będę musiała stawiać kwiatów w wazonie. Nie wiem czemu ale wolę jednak mieć czasami coś w wazonie co nie jest „made in china”. Zaniosłam róże do drugiego pokoju i położyłam je na półce podświetlanej od spodu dwoma halogenami. Kiedy wrócił mąż z „wynoszenia śmieci” postanowiłam położyć Mamusię od razu spać żeby nie osiwieć. Przy ścieleniu łóżka dowiedziałam się, że spanie w żółtej pościeli nie służy zdrowiu (?) ale ona jakoś wytrzyma. Nawet tego nie skomentowałam. Mamusia postanowiła nie iść od razu spać bo ma dla nas jeszcze prezenty. Poczułam trwogę! Przytargała walizkę do naszej sypialni i wyciągnęła z niej… wiadro smalcu! Mąż parsknął śmiechem, powiedział: „muszę szybko, ten tego… iść” i udał się (dusząc się już ze śmiechu) do drugiego pokoju w celu bliżej nieokreślonym. Podziękowałam za smalec i już miałam zapytać czy to do jedzenia czy do nasmarowania skrzypiących sprzętów w domu. Dowiedziałam się, że do jedzenia oczywiście mając nadzieję, że nie będzie mi kazała tego jeść bo właśnie się odchudziłam 26 kilo. Powstrzymałam się jednak jak wiele razy wcześniej. Położyliśmy się spać koło 21 z nadzieją, że ten dzień szybciej się skończy. Nie skończył się! Chwilę po 21 usłyszeliśmy z sypialni wrzask Mamusi: pali się!! Zerwaliśmy się szybko i pobiegliśmy do pokoju w którym jej pościeliłam. I wiecie co? Rzeczywiście się paliło! Zapaliły się róże-naklejki które przez nieuwagę położyłam na tych halogenach co podświetlają półkę. Mąż zabrał płonące róże do łazienki i ugasił je w wannie po czym poszłyśmy z Mamusią ocenić straty. Okazało się, że we wszystkich trzech naklejkach dokładnie na środku wypaliły się dziury. „no i problem naklejek się rozwiązał” pocieszył nie mąż. Wietrząc mieszkanie z zapachu palonego plastiku teatralnie ubolewałam nad stratą nie mogąc ukryć uśmiechu na twarzy. Kiedy mąż mi powiedział, że mam minę jak „sra…. kot na pustyni” uspokoiłam się i poszliśmy spać.
W sobotę rano (jak zwykle kiedy jest u nas Mamusia albo jakiś inny gość z jej miotu) poszłam pobiegać dla zdrowia. Po wypaleniu połowy paczki fajek z dwoma dresami z osiedla wróciłam do domu zadowolona z zawarcia nowych znajomości. Mamusia zrobiła śniadanie ale nie jadłam bo był smalec. W okolicy obiadu był smalec z ogórkami kiszonymi. Zjedliśmy z mężem tylko ogórki. Nie pozwoliła mi gotować (co zajmuje trochę czasu) bo przyszedł czas na nauki księgowości. Usiadła na kanapie i zaczęła nam po kolei cytować paragrafy z kodeksu pracy. Serio myślałam, że umrę. Nie wiem ile tak siedzieliśmy ale zadek poważnie mnie rozbolał. Po południu pojechaliśmy na wycieczkę po uwielbianych przez Mamusię centrach handlowych. Na szczęście nie budowlanych. Postanowiła nam kupić lody. Po porannym widoku smalcu na stole nie miałam ochoty nawet na darmowe lody. Postanowiłam pooglądać ubrania. Poszłam sobie sama pozostawiając męża na pastwę losu w lodziarni z Mamusią. Miałam jakieś pół godziny spokoju. Poprawiłam sobie humor grając w moją ulubioną grę o nazwie: „przymierzam-odwieszam-wychodzę”(gra udaje się tylko w galerii - nie próbujcie tego w domu a szczególnie w cudzym domu :D). jakoś tak zleciał cały dzień. Wróciliśmy na kolację, którą też zrobiła Mamusia. Zgadnijcie co było? Nie jadłam! Po kolacji Mamusia wysłała męża po jakieś dobre wino. Ucieszyłam się bo byłam niebotycznie głodna a 3 kiszone ogórki zjedzone na obiad to raczej mało mimo diety. Mąż przyniósł moje ulubione półsłodkie winko i walczył z korkiem w kuchni a Mamusia tłumaczyła mi gdzie pracował jakiś jej znajomy Bogdan i dlaczego. Było to totalnie nudne może dlatego, że nie znam człowieka. Los mi jednak sprzyjał i mąż przyszedł z winem i kieliszkami. Miałam nadzieję, że teraz Mamusia wreszcie zamilknie. Mamusia nam nalała bo tylko ona wie jaka ilość wina nie szkodzi. Dostało mi się tak na oko jakieś 20 kropli. Serio! Nie wiedziałam czy mam się tego napić czy się tym natrzeć! Powiedziałam, że raczej nie mam ochoty na wino i z biesiady wywinęłam się bólem głowy. Poszłam spać i obudziłam się w niedzielę ok 9 rano. Słyszałam, że Mamusia już krząta się w kuchni i od razu się przeraziłam, że znów będzie smalec i pewnie umrę z głodu. Chcąc pożegnać się z rodziną i pożalić zadzwoniłam do mojej mamy. Opowiedziałam jej wszystko a w odpowiedzi usłyszałam w słuchawce tylko totalnie bezczelny śmiech. Normalnie żadnego wsparcia od najbliższej rodziny. Mąż zaraz za mną wygrzebał się z łóżka i radosnym głosem oznajmił mi, że Mamusia przecież dziś jedzie. Przyznam, że trochę poprawiło mi to humor. Poszliśmy na śniadanie. Kto z Was uważa, że było to co w sobotę niech wyśle sms o treści „smalec” na numer… Normalnie się załamałam! Oczywiście nie jadłam. Przed wyjazdem Mamusia oznajmiła mi, że strasznie się zmęczyła robiąc mi rano porządki w kosmetykach i te kończące się już kredki do oczu wywaliła do śmietnika w łazience obiecując jednocześnie, że kupi mi nowe. Śmieci jednak nie wyniosła bo nie miała klucza do śmietnika. Poszłam do łazienki ratować to co jeszcze tam zostało i przy okazji umyć włosy. Jak już wygrzebałam ze śmietnika jedną rzeczywiście starą kredkę i dwie całkiem nowe z estee lauder, które dostałam od siostry, umyłam włosy. Tuż przed wyjazdem nakłamałam mężowi i Mamusi, że strasznie boli mnie głowa i naprawdę nie mogę jej odwieźć na dworzec. Mąż od razu zaczaił, że zwyczajnie zaraz mi nerwy puszczą i Mamusia zamiast tramwajem na ten dworzec dojedzie na moich kopach. Odwiózł ją na ten dworzec dając mi chwilę świętego spokoju wreszcie sam na sam z lodówką.

Ta wizyta była najgorsza ze wszystkich spotkań z Mamusią ale są i plusy. Do dziś nie palę i schudłam 1,5 kg dzięki widokowi smalcu :D

Ps. Tuż po wyjeździe ciężkie zasłony Mamusi tak obciążyły karnisz, że wyrwały go ze ściany razem ze śrubami. Nie mamy więc karnisza na razie ale nie mamy też zasłon! :DD
Amen!

czwartek, 25 sierpnia 2011

Ciocia Warszawska

miałam już dziś już tu nie zaglądać ale mój mąż postanowił oglądać "Gwiezdne wojny" to i jestem :)
 wracając do tematu Mamusi to z przykrością muszę oświadczyć, że Mamusia nie przyjechała do nas mino obietnic. o jeju, o jeju, o jeju....
swoją obecnością zaszczyciła nas jej siostra a Mamusia dzwoniła chyba ze 30 razy w ciągu tygodnia.
Ciocia Warszawska (siostra Mamusi) zjawiła się u nas w środę. "godzina zero" wybiła o 16. mąż po nią pojechał na dworzec a ja w tym czasie wietrzyłam mieszkanie z oparów papierosowych i chowałam wszystkie nieprzyzwoite przedmioty znajdujące się w mieszkaniu: dwa piwa stojące w lodówce (swoją drogą do dziś nie wiem gdzie je schowałam), popielniczkę, gazetki reklamowe ze sklepów (temat rzeka dla Cioci) i książeczki opłat ze spółdzielni mieszkaniowej (temat jeszcze większa rzeka niż poprzedni). jak już wszystko pochowałam zapaliłam kadzidło, żeby w mieszkaniu jednak jakiś zapach był. oczekiwałam z niecierpliwością na Ciocię. wreszcie nadjechała. wlazła od razu do mieszkania kapiąc mokrym parasolem na płytki w przedpokoju i kuchni. nie żebym myła wcześniej podłogę... obeszła całe mieszkanie i od razu stwierdziła, że meble w sypialni za ciemne (są czarne i w sumie ciemniejsze już być nie mogą), płytki w kuchni na podłodze brzydkie a wanna włazience za mała (ja się tam mieszczę). zasiadła za stołem i podałam herbatę. nie miałam jednak herbatki z hibiskusa więc zostało mi to od razu wypomniane (o ja głupia!). po herbatce podałam zupę ogórkową i wreszcie zostałam doceniona bo się okazało, że Cioci smakuje. wciągnęła 3 talerze. pomyślałam sobie, że wreszcie jakiś sukces i teraz to już jakoś pójdzie. nie poszło! tuż po zupie Ciocia z zapałem zaczęła nam opowiadać jak to ją łupie za łopatką i że mam jej zakupić za pośrednictwem mojej siostry (mieszka w USA) idealną maść, której nazwę miała zapisaną na kartce. na kartce jak byk stało w jezyku dla Cioci niezrozumiałym: maść rozgrzewająca (w dosłownym tłumaczeniu). pomyślałam sobie, że dzięki takim dokładnym wytycznym moja siostra w mig tą maść jej znajdzie. najwyżej kupi wszystkiego po jednym w aptece byle by tylko było w tubce. kiedy już się dowiedzieliśmy co Cioci aktualnie dolega, co dolegało kilka lat temu, co w młodości a co ma zamiar jej dolegać w przyszłości- zaczęłam mieć myśli samobójcze. nie mogłam się sama załatwić z półobrotu, nie mogłam się otruć bo na stole leżały tylko ciastka i stał wazon z kwiatkami. zastanawiałam się chwilę czy aby nie są one trujące ale sobie pomyślałam, że strasznie głupio by to potem wyglądało podczas autopsji. dałam sobie spokój. póżniej Ciocia postanowiła drążyć z nami temat dzieci. uchylaliśmy się od odpowiedzi jak tylko mogliśmy i jak już myślałam, że wreszcie wyszło na nasze, ona znowu swoje. serio! nawet na policji masz prawo do odmowy zeznań. postanowiła nas Ciocia uświadomić jak się dzieci wychowuje i co trzeba robić, żeby sobie "na własnej piersi bandziora nie wychować". jasny szlag mnie trafiał bo jestem pedagogiem i jej niektóre teorie... no powiedzmy były dośc innowacyjne. już pomijam fakt, że Ciocia nigdy dzieci nie miała ale jest specjalistą w tej dziedzinie. kiedy nadszedł już czas pożegnania około godziny 19 i Ciocia miała ruszać w dalszą trasę autobusem, zapytałam nieśmiało: a czemu Ciocia pociągiem nie jedzie? spojrzała na mnie z politowaniem i odparła: bo w pociągu gwałco, kradno i zabijajo! (zachowałam niemalże dokładny zapis fonetyczny słów Cioci). kiedy mąż odwiózł Ciocię na dworzec zapaliłam od razu papierosa na środku pokoju i pomyślałam sobie, że muszę się koniecznie zaopatrzyć w herbatkę z hibiskusa.
kiedy tak sobie paliłam jednego za drugim wreszcie na legalu, zadzwoniła Mamusia. znów miała olśnienie. kolejny raz podczas pełni księżyca przemówiło do niej... saldo! stwierdziła, że powinnam się przekwalifikować. zamiast być pedagogiem powinnam być panią w firmie, która zajmuje się kadrami i płacami. ona oczywiście mnie wszystkiego nauczy. dosłownie ręce mi opadły. niegdy nie miałam zamiaru się przekwalifikowywać na panią od kadr i płac, ponieważ
a) mnie to nie kręci
b) po co było tyle studiować pedagogikę i robić miliony kursów
c) nie bo... nie!
Mamusia oczywiście postanowiła wyjaśnić mi dlaczego będzie mnie nauczać. powód dość prosty: wypalenie zawodowe. Mamusia zwyczajnie się martwi, że w pracy mam dzieci, później urodzę swoje i się o razu wypalę zawodowo. jednym słowem jak nie posłucham Mamusi to zaraz po porodzie pożrę swoje młode. wściekłam się! zadzwoniłam do męża. mojemu "Zbyszkowi z sierocińca" ręce też opadły i to do tego stopnia, że mógł sobie wiązać sznurowadła stojąc na baczność. postanowiliśmy nie odbierać więcej telefonów.
 w piątek Mamusia znów zadzwoniła i oznajmiła, że wysyła do nas swoją córkę, żeby nam podrzuciła parę rzeczy bo pewnie w domu jak zwykle nic nie ma. ucieszyłam się, bo lubię męża siostrę no i wiedziałam już, że Mamusia nie przyjedzie. w sobotę przybyły dary od Mamusi bez których nasze życie nie ma sensu, ba! nie ma prawa się toczyć. dziwne tylko wydało mi się to, że siostra mojego męża wchodząc do nas do domu śmiała się tak głośno, że ledwo zrozumiałam, że mam iść z nią do auta po rzeczy od Mamusi. polazłam powoli ze względu na kaca, który był pozostałością po piątkowej małej imprezie pod hasłem "Mamusia u siebie a nas wszystko..." (sami sobie dopowiedzcie dalszą cześć tego hasła. podpowiem tylko, że się rymuje). kac oczywiście szybko mi przeszedł kiedy zobaczyłam co nam Mamusia podała. a było to:
- doniczka plastikowa
- 6 słoików ogórków kiszonych
- słoik sałatki z buraków
- 3 sztuczne kwiatki (maki)
- nożyczki
- świecznik w kształcie księżyca
- 2 żywe słoneczniki
- sztuczna gałązka świerku
- reklamówka ziemi (?) (tak, tak - piasku)
i z tym jej córka tarabaniła się przez pół Polski.
dowiedzieliśmy się też, że Mamusia się do nas wybiera znów na tydzień i ma zamiar nauczać mnie z dziedziny księgowości. nie wiemy tylko jeszcze kiedy ale już jesteśmy w szoku.

piątek, 19 sierpnia 2011

ostatni dzień z Mamusią

wczorajsza historia skończyła się na tym, że mąz zabrał Mamusię na wicieczkę na miasto. miałam wtedy chwilę spokoju i wykorzystałam ją oczywiście jak każdy kulturalny człowiek (na paleniu fajek i piciu piwa). no ale do rzeczy...
chwilę po 21 wieczorem Mamusia z moim mężem powróciła z wojaży. z miny męża od razu wywnioskowałam, że chopak ma ochotę strzelić sobie w łeb gumką od majtek. pozwoliłam mu wynieść śmieci (stało się to jego ulubioną rozrywką bo od poniedziałku to jedyna okazja kiedy mógł sobie spokojnie zapalić). tak szybko wychodził ze śmieciami, że nie byłam pewna czy skorzysta ze schodów czy wyskoczy oknem z pierwszego piętra. chyba nie ma tak silnej psychiki jak ja ale mimo tego poszedł schodami. udałam się wtedy do kuchni robić kolację twierdząc, że każdą bestię trzeba karmić. Mamusia zaczęła wtedy fiołkować się przed lustrem i komentować, że ona to się dobrze trzyma jak na swoje lata i ma figurę nastolatki (no pewnie gdzieś tam pod tłuszczem ma). kiedy szukałam w lodówce pomidora starając się nie robić min, wrócił mąż. Mamusia chciała potwierdzić fakt swojego nastoletniego (niczym czeska gimnastyczka artystyczna) wyglądu i gibkiej sylwetki. zapytała męża "ja to się dobrze trzmam, prawda?". mąż odpowiedział "taaa... tylko mama ma strasznie stary pesel". nie zaczaiła! wtedy normalnie duma mnie zaczęła rozpierać. mój mąż bohater, mój rycerz (mój Zbyszko z..... sierocińca) wreszcie powiedział coś co mnie się cisnęło na usta od poniedziałku. powróciłam do robienia kolacji. okazało się jednak, że na pomidorze, którego wyciągnęłam z lodówki coś kwitnie. mówię, że kurde zepsuty a Teściowa do mnie: eee... dobry jeeeest!, ja go zjem! odłożyłam jej ten wybryk natury na talerz i położyłam na blacie w kuchni. my zjedliśmy kanapki a ona wytargała z torebki kostkę białego sera. po kolacji (oczywiście pomidora nie zjadła mimo obietnic) kazała nam iść spać bo ma zamiar nas obudzić o 6. wstawiłam jej zegar do pokoju bo jej własny idzie 2 godziny doprzodu. zła byłam ale się położyliśmy. nie mogłam zasnąć oczywiście bo było za wcześnie na spanie. nagle zauważyłam, że w pokoju Mamusi jeszcze się świeci. powiedziałam mężowi żeby sprawdził co ona jeszcze robi. poszedł! okazało się, że czyta sobie gazetę a my musimy spać i oczywiście nie pozwoliła nam włączyć telewizora. mąz się wkurzył i wkroczył do jej pokoju z tekstem "a czemu mama jeszcze nie śpi? kilowaty nie na straty!" i zgasił jej światło. udało mi się zasnąć chyba koło 2 w nocy. o 3 pod oknem usłyszałam głośny śpiew "żono mojaaaa... serce mojeeee..." a spod kołdry obok "nie maaa taaaakich... jak my dwojeee...". no i było po spaniu. przysnęło mi się dopiero nad ranem. otworzyłam oko koło 7, wygrzebałam się spod kołdry i lezę do łazienki. w kuchni przywitałam się z pomidorem, który przez noc stał się prawdziwym pomnikiem przyrody i pewnie już obmyślał inwazję na naszą planetę. oczywiście olałam tą nową formę życia i poszłam się myć. jak tylko przekroczyłam drzwi łazienki wywinęłam takiego orła (bo ktoś oczywiście poprzekładał dywaniki), że jestem pewna tego, że w łyżwiarstwie figurowym ma to jakąś nazwę. sprawdziłam szybko czy mam wszystkie zęby, umyłam się i wróciłam do pokoju. w pokoju właśnie odbywała się poranna gimnastyka Mamusi (oczywiście nordic walking bez kijków) wokół stolika do kawy. usiadłam obok męża i patrzymy. jakieś 2 minuty pózniej dostałam smsa od męża o treści "stawiam dychę, że puści pawia!" nie puściła! po gimnastyce porannej Mamusia stwierdziła, że w nocy miała olśnienie i postanowiła nauczyć mojego męża księgowości bo nigdy nie wiadomo co się w życiu przyda. mąż stwierdził, że pewnie nocą w blasku księżyca przemówiło do niej.... saldo! no i zaczęły się nauki. żeby nie brać w tym udziału powiedziałam, że idę biegać. wybiegłam z klatki, podbiegłam do najbliższej ławki, usiadłam i zapaliłam papierosa. posiedziałam i jakoś pół godziny zleciało. po obiedzie oczywiście usłyszałam, że ona nie rozumie tej nowej mody na zrdowe odżywianie (był krem z brokułów) ale wciąglęła dwa talerze. później postanowiła wykonać niezmiernie ważny telefon do firmy, która busem miała ją wieźć do domu. przez telefon dokładnie tłumaczyła pani dyspozytorce, że na trasie, którą jedzie ten bus strasznie trzęsie i ona nie może spać. stwierdziła, że trasę koniecznie trzeba zmienić. biedna pani dyspozytorka pewnie do końca życia będzie miała traumę. Mamusia poszła myć włosy i od razu musiała mi powiedzieć, że to na pewno od tej ogromnej ilości kosmetyków mam tak byle jaką cerę. przemilczałam! chwilę później zaczęła suszyć włosy. myślę, że poszło by jej to szybciej gdyby suszyła je tą stroną suszarki co trzeba. postanowiłam pomóc ale od razu się dowiedziałam, że starszych nie należy pouczać. no coż... przemilczałam! godzinę później mąż zabrał ją na dworzec i... pojechała!!

Mamusiowy "nordic-walking"

 niedawno zaczęłam opowieści o mojej Teściowej (która od poniedziałku mimo mojej woli dekoruje mi moje mieszkanie). jakoś to przetrwałam a dziś znów się zaczęło....
 wybiła godzina 9 rano, do naszego pokoju wpadła Teściowa z tekstem "kto to widział spać do 11?". nic się nie odezwałam bo sobie pomyślałam, że się zwyczajnie kobicie zagarek popsuł. no ale w sumie się wyspałam to się powoli wygrzebałam z łóżka i poszłam do łazienki. jakieś 2 minuty później zapukała do mnie i mi oświadczyła(dzięki Bogu zamknęłam drzwi), że wszystkie staniki mam za małe. zaczęłam się zastanawiać gdzie ona widziała moje staniki ale sobie przypomniałam, że śpi w naszej sypialni i tam stoi komoda z bielizną. oczywiście nie powstrzymała się żeby do niej nie zajrzeć. przez czas kiedy myłam zęby dowiedziałam się że jestem otyła (ważę jakieś 58 kg) i powinnam nosić obwód stanika 90 (pod biustem mam 72 cm) tak jak ona. ona taki nosi a jak ma za duży to zszywa z przodu. zawsze myślałam, że jak stanik za duży to się kupuje mniejszy. po chwili kompletnie się z tej rozmowy wyłączyłam i zaczęłam sobie myśleć, że w sumie mogło by to być ekonomiczne. osoba o takim obwodzie jak ja mogłaby się tak pozapinać żeby przy okazji zrobić sobie stringi. nic się nie odezwałam na temat mojej otyłości bo jedna koleżanka mi powiedziała że mam robić wdech, wydech, wdech, wydech... no i tak robiłam. jak już mi pociemniało w oczach od tego oddychania (normalnie tyle nie oddycham :D) to usłyszałam, że mam się ubierać i idziemy do sklepu. ubrałam się i poszłyśmy. chciałam wysłać męża ale wczoraj się umówiliśmy, że pół dnia ja spędzam z Teściową a pół on. poszłyśmy razem na te zakupy i jak tylko wyszłyśmy z osiedla moja Teściowa zaczęła machać rękami ponad głowę i podnosić kolana prawie pod samą brodę. pomyślałam sobie, że biedna wylewu dostała i ma jakieś konwulsje. zapytałam "co mama robi?" a ona do mnie: nordic walking! szczerze mnie zatkało. tłumaczę jej (bo może nie wie), że do nordic walkingu trzeba mieć kijki. a ona mi mówi, że po co jej kijki? drogie i ciężkie, można bez kijków. szła tak do samego sklepu a ja myślałam, że się ze wstydu zapadnę w zarośla. normalnie jak jakiś góral co ma kierpce na rzepy. jakoś tę wycieczkę przeżyłam. dobrze, że jeszcze nikt mnie tu na osiedlu nie zna. póżniej po obiedzie postanowiłam dać jej jakieś zajęcie. miałam dwie pary spodni do skrócenia to jej dałam zadanie bojowe. chyba się nawet ucieszyła. oczywiście się dowiedziałam, że teraz się nosi spodnie długości do kostek i to jeszcze dłuższe z tyłu. zaczęłam się zastanawiać czy jakiś dom mody nie stworzył kolekcji "szuwary" do łażenia po krzakach. no ale trochę się interesuję modą to chyba bym coś o tym wiedziała. po prawie godzinnej pertraktacji uprosiłam ją żeby spodnie jednak były do ziemi bo ja niemodna jestem i nic nie chcę zmieniać. potwierdziła! jak już chciałam ją załatwić z półobrotu do akcji wkroczył mąż i zabrał ją na wycieczkę na miasto. postanowiłam wykorzystać tą chwilę i sobie zapalić (nie palę od poniedziałku bo Mamusia wszędzie ze mną idzie). znalazłam jeszcze piwo w szafce. wyszłam na balkon z fajką i piwem. lunął deszcz! powiem Wam, że nigdy mi tak dobrze nie smakowało ciepłe piwo i mokry papieros. nie wiem jak dożyję do jutra (jutro wraca do domu)...
znów wielkie dzięki tym, którzy przeczytali to do końca
coś czuję, że ciąg dalszy nastąpi...
wdech, wydech, wdech, wydech.....

wtorek, 16 sierpnia 2011

pierwsza "wizytancja"

muszę się trochę wyżalić.
w poniedziałek z zapowiedzianą wizytą zjawiła się u nas Teściowa. jest to jej pierwsza taka długa wizyta. niedawno kupiliśmy mieszkanie z mężem no i babina sobie przyjechała zobaczyć. normalnie do niej nic nie mam ale od poniedziałku to już chyba trochę osiwiałam. przyjechała w poniedziałek wieczorem i poszła grzecznie spać. we wtorek o 7 rano (mamy teraz urlop więc postanowiliśmy sobie pospać z mężem) otwieram oko, patrzę... a ona stoi na parapecie i ściąga moje firanki. jak już je zdjęła, założyła swoje,które nam kupiła. za chwilę wytargała jakieś kraciapaste zasłony z walizki i pcha się z nimi na ten parapet. szturchnęłam męża, że aż go przytkało. zaczaił o co biega i mówi, że u nas zasłony niepotrzebne bo mamy rolety i jak słońce świeci to zasłaniamy. a ona na to że jak się zadrzy taka sytuacja, że trzeba będzie zasłonić to akurat będą. normalnie ręce mi opadły. mąż wymamrotał pod nosem, że chyba wtedy będą potrzebne jak wybuch atomowy rolety spali. przebolałam jakoś te zasłony. poszłam do drugiego pokoju z myślą że na necie posiedzę a ona za mną. okular włożyła i patrzy co piszę. no to dałam sobie spokój. nie wiem jak to się stało ale w ciągu tych 5 minut obrus mi zniknął w drugim pokoju i został zamieniony na jakiś inny(równie kolorowy). ona chyba była szkolona do tego. normalnie ninja-dekorator. w środę mąż wyjechał na cały dzień a ja zabrałam Teściową do ikei, żeby jej czas zająć i żeby mi przypadkiem w mieszkaniu ścian nie przemalowała. postanowiła nas jeszcze uposażyć trochę. na tej zasadzie, że jak ona wybierała dodatki do domu to ja miałam przytakiwać. starałam się jak mogłam a i tak mi powiedziała, że miny robię. przebolałam! z ikei postanowiła wracać na piechotę (z zakupami) 12 kilometrów! buty mnie obtarły ale przebolałam! po kolacji (w trakcie się dowiedziałam, że zbyt zdrowo gotuję(?)) miała dla mnie prezent. ledwo byłam żywa po wycieczce ale się ucieszyłam. jak zobaczyłam co mi kupiła to mi przeszło. to była sukienka. tylko, że nie mój kolor, nie mój fason, i nawet nie mój rozmiar. podziękowałam grzecznie i jakoś przebolałam. dziś wpadła do nas do pokoju o 6 rano z tekstem żeby nie spać do południa i od razu uraczyła nas rodzinnymi opowieściami. nie wiem o czym mówiła bo marzyłam o kawie. póżniej zupa była za mało pieprzna (chociaż na stole stał pieprz i mogła doprawić) a dwie godziny temu mąż ją zabrał do jakiegoś sklepu bo podobno karnisze u nas trzeba wymienić. nie wiem czemu bo są nowe. dziś się też dowiedziałam, że zaprosiła do nas swoją siostrę (równie utalentowaną jak ona) i będą siedziały u nas do soboty. jak ja to przeżyję?
wielkie dzięki tym, którzy przeczytali to do końca