niedziela, 14 kwietnia 2013

Mamusia coś kombinuje


Witam wszystkich
Na początku dementuję plotki, że zostałam zamordowana i sprzedana na organy. Jestem zwyczajnie leniwa i tyle.

Jako, że męża nie ma w domu na weekend i nie muszę stać w garach, to znalazłam chwilkę czasu aby usiąść i napisać co tam słychać u mojej ulubionej teściowej.

Do domu pojechaliśmy już w czwartek przed Wielkanocą. Z Mamusią zobaczyłam się dopiero w sobotę. Przyszliśmy z mężem do jej domu. Nie odezwała się do mnie bo ponoć mnie nie poznała. Powiedzmy, że w to wierzę bo kilka innych osób też mnie nie poznało. Zasiedliśmy przy stole razem z chmarą gości, Mamusia usiadło obok mnie i przez 4 godziny nawet słowem się do mnie nie odezwała. Skakałam koło niej jak pekińczyk ale nie dała się sprowokować do rozmowy. Pochwaliłam bigos (nie kłamałam) ale chyba nie usłyszała. Może straciła słuch na lewe ucho. Chciałam pochwalić jej nową fryzurę ale się nie przemogłam. To znaczy cięcie ma dalej to samo (grzywa na bok jak u Konika polskiego a z tyłu na krótko) ale kolor był nowy. Z przodu wiśniowo-czarno-rudawe a z tyłu kolor dokładnie taki jak tupecik Czerepacha z serialu „Ranczo”.
Szybko przestałam Mamusię zaczepiać i już sama nie wiem o co chodzi. Prawdopodobnie znalazła już sobie inny obiekt westchnień. W ten weekend mój mąż jest u niej i może się czegoś dowie. Póki co kazała mu iść na piwo do baru bo puszka po piwie jej jest niezwykle potrzebna. Po co? Jeszcze nie wiemy ale musimy to zbadać.

czwartek, 27 grudnia 2012

rozwarstwienie aorty


Jak co roku na święta wybraliśmy się z mężem do miejscowości naszych mam. Z przerażeniem stwierdziliśmy, że tym razem na wigilię by wypadało iść do Mamusi. W tamtym roku byliśmy u mojej mamy. Tydzień kombinowaliśmy jak się z tego wykręcić bo Mamusia i Ciocia Warszawska to już zbyt wiele na nasze nerwy. Mieliśmy doświadczenia z zeszłego roku przecież. Tuż przed świętami jednak okazało się, że Mamusia wybiera się na święta do Warszawy i wróci po nowym roku. Oszaleliśmy z radości.

Na wieś dotarliśmy w sobotę koło południa razem z męża siostrą i siostrzenicą. Wypadało nam się jeszcze z Mamusią zobaczyć zanim wyruszy na wojaże. Do Warszawy miała ją zawieźć męża siostra, która tam miała zostawić auto i ruszyć razem z Młodą samolotem w dalszą drogę. Oczywiście od Mamusi od razu się dowiedziały, że auto na pewno ktoś ukradnie bo ona czytała w internecie…
W drodze do Mamusinej miejscowości Młoda opowiadała mi jak kiedyś pożaliła się Mamusi, że boli ją palec. Mamusia zdiagnozowała rozwarstwienie aorty.

Kiedy  pojawiliśmy się u Mamusi, od razu się zaczęło szaleństwo. Męża siostra praktycznie jeszcze w drzwiach dostała spódnicę, którą Mamusia dla niej przerobiła a mój maż się dowiedział, że jego nowe okulary są brzydkie. Ja i Młoda cicho usiadłyśmy w kącie modląc się żeby nas Mamusia nie zauważyła. Nie udało się. Moje nowe okulary też zostały skomentowane. Okazało się, że jej się podobają (tak, szok) i mój mąż powinien sobie sprawić takie same. Nic dziwnego bo wynalazłam moje oprawki w dziale męskim. Po chwili zaczęłam się zastanawiać, że skoro Mamusi się podobają to muszę w nich wyglądać jak Harry Potter albo jeszcze nie daj Boże coś gorszego. Podzieliłam się tymi obawami z mężem, który zaczął się oczywiście ze mnie śmiać. Szybko przestał jak Mamusia podarowała mu dwie pary nowiuśkich, funkiel nówka, nieśmiganych, damskich leginsów.  Kazała mu je nosić w chłodne dni. Tym razem ja się śmiałam. Mąż mamrocząc pod nosem, że prędzej piekło zamarznie jak on to założy, wpakował je do mojej torebki. Ja tam leginsami nie pogardzę.

Jak już Mamusia skończyła krytykować nasz wygląd i wręczać podarki, zaczęły się opowieści o tym co się ostatnio u niej działo. A działo się sporo. Pewnego dnia sąsiad pomagał jej obcinać gałęzie z drzew i jedna z grubszych uderzyła ją w stopę. Strasznie bolał ją później palec. „Rozwarstwienie aorty!!” wrzasnęła podczas opowieści  Młoda jakby się właśnie ocknęła ze śpiączki. Okazało się, że jednak złamanie. Zanim Mamusia się z tym wybrała do lekarza to się okazało, że faktycznie złamanie ale już nie nadające się w gips bo zrośnięte. Jak ona funkcjonowała ze złamanym palcem to ja nie wiem. 

Później ja chcąc być dobrą synową zapytałam czy podczas jej świątecznej nieobecności mamy przyjść do jej domu i sprawdzić czy wszystko ok. No i wywołałam wilka z lasu. Okazało się, że skoro już pytam to by się przydało zerkać do pieca gazowego codziennie i codziennie też rozpalać w kaflowej kuchni żeby piec gazowy za bardzo nie szalał. Mojemu mężowi ręce opadły do samej ziemi bo to była fucha dla niego. Był na mnie zły całe święta. Muszę mniej kłapać gębą następnym razem.

Jak byliśmy u Mamusi to jeszcze zaintrygowała mnie jej fryzura. Obcięła włosy na krótko, pozostawiając z jednej strony lok sięgający prawie do brody. Nie mogłam pojąć co autor fryzury miał na myśli i czy czasami nie powinien zmienić dilera. Albo to ja jestem ograniczona umysłowo i nie znam się na dzisiejszych trendach, albo Mamusia za wcześnie zlazła z fotela fryzjerskiego. Po namyśle stwierdziłam, że jest jeszcze trzecia opcja – Mamusia podpadła fryzjerowi i zrobił to z zemsty.

Czas spędzony u Mamusi szybko minął i musiała już ruszać w drogę. Życzyła sobie być w Warszawie przed 15 bo przecież tam wszystkie sklepy zamykają o 15, ludzie wtedy wracają z zakupami do domów i jest duży ruch na drogach. Nie skomentowaliśmy tego bo ona przecież czytała w internecie…
Mamusia szybko zaczęła się ubierać w koszulkę, drugą koszulkę, sweter, kożuch, wielgachny szal i kapelusz bo czas gonił. Przeszła 20 metrów do auta i tam się prawie z tego wszystkiego rozebrała. Żeby jeszcze był mróz a było sporo na plusie.

Pożegnaliśmy Mamusię i życzyliśmy jej wesołych świąt. Razem z mężem patrzyliśmy jak odjeżdża i jak Młoda żałośnie na nas patrzy. W końcu czekało ją kilka godzin z Mamusią w samochodzie. Obiecała powstrzymać myśli samobójcze i zdać relację jak było.


niedziela, 16 września 2012

urlop


Dawno się nie zjawiałam na blogu ale po kilku mailach z pogróżkami postanowiłam wreszcie coś napisać. Mam nową robotę i tak sobie ganiam od rana do wieczora i to dlatego.

Wakacje minęły szybko. Chodziłam do pracy, przyjmowałam tabuny gości, którzy siali spustoszenie i pozostawiali po sobie zgliszcza. Hehe żartuję oczywiście. Faktycznie sporo osób mnie odwiedziło i jakoś nie miałam czasu myśleć o Mamusi ani szukać z nią kontaktu.
Sądzę, że ona ma na mnie jakiegoś focha. Od kilku miesięcy nie pisze i nie dzwoni. Nie kocha mnie już…

A tak serio to dzwoniła kilka razy ale kiedy ja odbierałam telefon, prosiła o rozmowę z moim mężem. Nawet nie pytała co słychać. W lipcu poprosiła o zwrot zasłonek (tak, tych zasłonek). Nie zadzwoniła do mnie w tej sprawie tylko do mojego męża, do jego siostry, do księdza proboszcza może też ale taka informacja jeszcze do mnie nie dotarła. Zasłonki oczywiście oddałam z ulgą. Szczęśliwą posiadaczką zasłon jak do Wersalu  jest teraz Ciocia Warszawska. A niech jej tam będzie!
Tylko mój biedy mąż był bombardowany seriami superważnych, supertajnych spraw m.in:
- nieustanne włamania do Mamusiowego laptopa
- opowieści jak to się teraz stawia ogrodzenie
- co słychać u sąsiada
- jak idą postępy w budowie kanalizacji w Mamusiowej miejscowości
- co słychać u sąsiada z drugiej strony podwórka
- ogólne informacje meteorologiczne dla Polski południowej itp.
- Mamusia kazała też mojemu mężowi iść na studia podyplomowe. Nawet sama mu jakieś wybrała. Nie złamał się chłopak jednak.

Szczerze przyznam, że cały czas jestem zawiedziona, że niczego ode mnie nie chce. Jak się śmiertelnie obraziła to już nic mnie w życiu nie zaskoczy tak jak jej pomysły. Miałam nadzieję, że podczas urlopu się z nią spotkamy ale postanowiła udać się nad morze z Ciocią Warszawską. Z pewnych źródeł wiem, że na tę okoliczność obie zakupiły krótkie szorty.
Ale za to chatę zostawiła wolną….

Nasz urlop wypadał akurat wtedy, gdy Mamusia jechała nad morze. Dzwoniła do mojego męża wtedy chyba z milion razy. Informowała go gdzie jest i co robi. Po jednym z telefonów okazało się, że Ciocia Warszawska nie potrafi wsiąść do pociągu i Mamusia jadąc ze swojej miejscowości musiała wysiąść w Warszawie i zaprowadzić ją za rączkę do przedziału. To się jednak liczyło z kilkugodzinnym czekaniem na następny pociąg.
Po kilku dniach Mamusiowej eskapady na jednym z portali informacyjnych pojawił się artykuł zatytułowany: „Znaleziono truciznę nad morzem”. Mój mąż skomentował ten artykuł słowami: „oho, już wiedzą, że matka tam jest”.
Mamusia też informowała nas jak wygląda sytuacja pogodowa i dlaczego razem z Ciocią zabierają na plażę kołdrę i co z nią tam robią. Chciałam jej poradzić aby zamiast szortów włożyła spodnie to będzie jej cieplej ale jak zwykle się ugryzłam w język.
Wracając do naszego urlopu to zaplanowaliśmy sobie z mężem chodzenie na grzyby w czym towarzyszyć miał nam jego brat, którego przywiało z „zagramanicy”. Postanowiliśmy też troszkę porządzić skoro chata wolna…
Na luzaka zapaliliśmy sobie ognisko, przypadkowo wymyśliliśmy nową potrawę (to informacja dla wielbicieli serów pleśniowych), przelało się sporo piwa i przewinęło sporo znajomych. Na grzybach też oczywiście byliśmy tylko grzybów nie było. Co jakiś czas panowie tylko chrumkali w krzakach bo wiedzą, że się dzików boję. Podczas każdej naszej wyprawy Mamusia dzwoniła z informacją gdzie 10 lat wcześniej grzyby były i gdzie powinniśmy iść. Stosowaliśmy się do zaleceń ale i tak grzybobranie nie było udane.
Nic więc nadzwyczajnego na urlopie się nie działo. Mamusia tylko kilka razy wyraziła bezwzględny zakaz korzystania z toalety u niej w domu ponieważ „nasypała tam jakiegoś dziadostwa bo jej mają rurkę wymieniać i nie chciała żeby z rur capiało”. Pośmialiśmy się tylko, że Mamusia chce żeby jej z kanalizacji pachniało fiołkami i zakaz olaliśmy. No bo sory…
Tydzień w Mamusinym domu zleciał szybko. Na koniec zrobiliśmy wielkie sprzątanie. Tylko dziury po ognisku nie dało się zakamuflować. Na resztę urlopu wróciliśmy do Krakowa, gdzie czas leci jeszcze szybciej i tadaaam! Jutro do pracy.
Obawiam się, że jak Mamusia już się do mnie nie odezwie to stracę sens życia i bloga trzeba będzie zamknąć…
Chlip, chlip…



środa, 16 maja 2012

Mamusię dręczą pomysły


Mamusia się u nas ostatnio nie zjawia ale ciągle bombarduje nas telefonami aby przedstawiać swoje najnowsze pomysły, które czasami przechodzą wszelkie ludzkie pojęcie. Jesteśmy więc na bieżąco cały czas. Oto ostatnie rewelacje, o których po prostu nie mogła nas nie powiadomić.

1)      Jakiś czas temu zadzwoniła do nas i wyraziła chęć uczestniczenia w Euro 2012. Pytała czy da się coś z tym zrobić. Mąż przedstawił jej dwie poniższe opcje:
- przystać do bandy kiboli i iść lać gości z zagranicy
- nauczyć się na pamięć hymnu Euro i iść na przesłuchanie do zespołu Jarzębiny
Ciocia Warszawska podobno już dzierga szalik klubowy na drutach.
2)      Dowiedzieliśmy się zupełnie przypadkiem, że Mamusia namiętnie korzysta z serwisu Jasnowidz Online.
3)      Mamusia wyraziła chęć wyjazdu za granicę w celach zarobkowych jako… UWAGA!... opiekunka do dzieci! Pozwólcie, że tego nie skomentuję.
4)      Kilka dni później stwierdziła, że to ja powinnam jechać za granicę.
5)      Na urodziny nie zadzwoniła do nas (mamy z mężem urodziny dzień po dniu) tylko przysłała po mailu. Multimedialna Mamusia.
6)      Któregoś dnia przerażona zadzwoniła, że ktoś jej się włamał na komputer bo strona jej się sama przewinęła. Mąż jej próbował pojaśnić, że raczej jej się nikt nie włamał ale nie dotarło.
7)      Następny telefon dotyczył zarabiania milionów przez internet. Znalazła świetną ofertę. Nie doczytała tylko, że najpierw to ona musi zapłacić aby dostać informację jak te miliony zarabiać.
8)      Prosiła mojego męża aby puścił jej 3 kupony Totolotka, podała konkretne daty kiedy ma to zrobić. Nie wiem, czy jej się coś przyśniło, czy ma to związek z serwisem Jasnowidz Online.
9)      Siostrzenicy męża kazała sikać na czoło bo to pomaga na pryszcze. Młoda leje codziennie… tylko, że ze śmiechu.
10)   Postanowiła sama wytwarzać ekologiczne kosmetyki. Mam nadzieje, że nie będzie tego robić (patrz punkt wyżej).

I to wszystko w ciągu 1,5 miesiąca…


wtorek, 10 kwietnia 2012

śmierć korniszonom!

Jak co roku wybraliśmy się z moim mężem do miejscowości naszych mam aby tam spędzić Wielkanoc. Jest tam pewna lokalna tradycja i nigdzie indziej nie można ciekawiej przeżyć tych świąt.
Do mojej mamy przyjechaliśmy w piątek wieczorem. Przyjechał po nas do Krakowa brat mojego męża z siostrzenicą i razem turlaliśmy się powoli do domu. Z racji tego, że jechaliśmy autem, nabrałam wiosennych ubrań żeby się przez święta stroić. W praniu jednak wyszło, że ludzie od zapowiadania pogody to jasnowidze trzeciej kategorii i przez 3 dni albo przemakały mi buty, albo moje nogi pokrywały się szronem. Jakoś to jednak przeżyłam przy pomocy kilku głębszych ;)
W piątek wieczorem pojechaliśmy od razu do Mamusi aby jej oddać słoiki i plastikowe pojemniki po czymś czego nie zjedliśmy bo nie wiedzieliśmy co to było. Mamusia się ucieszyła i od razu pochwaliła się nam, że poparzyła sobie ręce. Chciała odetkać zlew i nasypała Kreta do rury posypując sobie przy okazji dokładnie prawie całe dłonie. Zamiast te chemikalia otrzepać z rąk, odkręciła wodę i chciała spłukać. Zmyła nie tylko Kreta ale też wszystkie włoski i naskórek. Nie ma jak domowy peeling chemiczny. Myślała, że ją pożałujemy ale ja z mężem zdziwiliśmy się, że niby taka mądra a nie myśli a brat męża powiedział, że mogła w sumie tego Kreta z rąk zlizać żeby udowodnić, że czasami głupota nie zna granic. Temat jednak został przez Mamusię szybko zakończony bo zrozumiała, że jak się nie myśli to nikt później nie współczuje. Posiedzieliśmy chyba z 10 minut u  niej w domu i udaliśmy się do mojej mamy zostawiając siostrzenicę męża na pastwę losu z Mamusią. Jak wychodziliśmy od Mamusi z domu, Młoda zrobiła oczy jak kot ze „Shreka”. Nie mieliśmy litości i tak ją zostawiliśmy.
Brat męża zostawił nas u mojej mamy i dalej ruszył w trasę a ja tarabaniłam walizkę po schodach. Mój cierpiący, jeszcze obolały po operacji mąż nie może nic nosić więc większe gabaryty teraz targam ja.  Dzięki temu tej nocy zasnęłam jak dziecko pierwszy raz od bardzo dawna. Ostatnio cierpiałam na bezsenność. Kładłam się koło północy i leżałam prawie do rana. Codziennie koło 4 wstawałam i zaczynałam gotować obiad, prać albo sprzątać. Czasami szłam  na zakupy jak sklepy jeszcze były pozamykane i czekałam razem z osiedlowymi żulami na otwarcie. Poznałam cały okoliczny margines społeczny.
W sobotę rano poszłyśmy z moją mamą na obchód po ogródku a później ja i mąż zostaliśmy wytypowani aby iść poświęcić Wielkanocny koszyczek wypchany po brzegi łakociami. Głodna byłam straszliwie bo zapomniałam zjeść śniadania. Kiedy wróciliśmy do domu okazało się, że zaraz przyjadą goście. Dawno ich nie widziałam to cieszyłam się na spotkanie.
Razem z przybyłymi gośćmi wybieraliśmy się do kościoła a później na defiladę. Tradycja wygląda tak, że codziennie przez święta Turki Wielkanocne razem z orkiestrą maszerują przez całą miejscowość i na rynku jest defilada. Jak ktoś ciekawy, niech poszpera w necie to na pewno coś więcej o tym znajdzie.
Wracając do tematu to tego dnia tak się do tego kościoła zbierałam, że dotarłam na rynek już o kościół nie zahaczając. Po defiladzie wróciliśmy do domu i razem z moimi gośćmi zasiedliśmy nad plackami i kawą. Wdepnął też brat męża i we dwóch zabawiali jedną moją starszą ciotkę i namawiali gości do wizyty także w niedzielę. Jakoś zleciał cały wieczór i ok 2 w nocy wybraliśmy się na Pobudkę (tradycja każe aby z soboty na niedzielę razem z orkiestrą przemaszerować z jednego końca wsi na drugi). Do domu wróciliśmy z mężem rano i mieliśmy się nie wybierać na Rezurekcję. Wpakowaliśmy się pod kołdrę i narzekając na obolałe nogi mieliśmy nadzieję szybko zasnąć. Po 5 minutach leżenia kiedy zaczynało mi się już robić ciepło, przyszedł sms od brata mojego męża, w którym informował nas, że właśnie grzeje sobie coś dobrego do jedzenia. Nocował u Mamusi i właśnie szturmował jej lodówkę. Mój mąż nie wytrzymał, zabrał mi kołdrę i kazał się ubierać. Miał zamiar wprosić się na śniadanie. Posłusznie się ubrałam i poszliśmy. Nie dość, że byłam głodna to jeszcze ciekawa co Mamusia takiego nagotowała. Kiedy dotarliśmy na miejsce Mamusia już nie spała i stroiła się do kościoła. Nie wiem co to był za styl ale miała na sobie bieliznę, bluzkę i rajstopy. Drugie rajstopy miała zaczepione o kapcia i targała je za sobą krzątając się po kuchni. Nie wiem jakim cudem się na nich nie zabiła. Po śniadaniu wszyscy wybieraliśmy się do kościoła. Mamusia założyła do zestawu spódnicę co mnie zdziwiło bo zawsze kreowała nowe trendy. Tak na serio to miałam nadzieję, że o tej spódnicy zapomni i cała wieś będzie miała temat do rozmów na najbliższe pół roku. Nie tym razem niestety.
Po dotarciu na miejsce wszyscy weszli do kościoła a ja z mężem po ujrzeniu biskupa słynącego z długich kazań na tematy polityczne, wycofywaliśmy się dyskretnie w kierunku drzwi. Jeszcze się msza nie zaczęła a my już byliśmy w drodze powrotnej do domu mojej mamy. Wreszcie po ludzku położyliśmy się spać. Koło godziny 12 obudził nas dziwny telefon od Mamusi, która próbowała wybadać gdzie aktualnie przebywa męża brat. Wsiąkł gdzieś cwaniak a ona nie mogła przeżyć, że nie wie gdzie aktualnie przebywa i z kim. Od nas się też nie dowiedziała.
W niedzielę znów zjawili się u nas goście i moja ciotka od progu pytała o męża brata. Zachwyciła się chłopakiem i kto wie, może jeszcze awansuje z mojego szwagra na jakiegoś szwagro-wujka ;)
Niedziela zleciała nam na klapaniu drzwiami od lodówki. Po południu znów zawlekliśmy się na defiladę. Ja przystawałam co chwila koło jakiejś dawno niewidzianej koleżanki a mój mąż jako zapalony fotograf amator gdzieś mi od razu zniknął. Wieczorem postanowiliśmy wdepnąć gdzieś w gości ale nikt nas nie chciał. Mieliśmy iść do Mamusi ale się baliśmy, że będzie chciała się z nami coś napić i po dwóch głębszych zaśnie w fotelu. Wtedy nie wiadomo czy śpi czy udaje i strach cokolwiek gadać. Brat męża też się na wieczór u Mamusi nie pisał. Nie chcąc cały wieczór uważać na słowa wsiąkliśmy u mojej mamy w domu. Goście już pojechali więc można było pogadać na spokojnie. Jakoś tak zleciało do północy.
W poniedziałek rano mąż stwierdził, że trzeba by się do Mamusi wybrać w gości. Zwyczajnie dla świętego spokoju. Mieliśmy też odebrać torbę, w której przywieźliśmy puste słoiki. Zanim jednak do niej poszliśmy moja mama kazała nam zapakować wałówkę. Dała nam chyba pół lodówki. Już nie wspomnę o kilku wytłaczankach z jajkami. Kiedy już wszystko było zapakowane, poleźliśmy z mężem niechętnie do Mamusi. A co się tam działo? Kolejne pakowanie żarcia. Mamusia już kończyła pakować torbę, którą jej zostawiliśmy. Nawkładała do niej tak dużo, że myślałam, że będzie po niej skakać żeby ją zapiąć. Nie skakała. Torby zapiąć też się nie dało. Jak usłyszałam, że Mamusia żąda żeby jej jeszcze przynieść reklamówki do spiżarni, wzięłam męża na bok i poprosiłam go żeby Mamusię powstrzymał. Mieliśmy jechać do Krakowa ze znajomymi i zakładaliśmy, że oni tez coś będą wieźli. Mąż szybko Mamusi wytłumaczył, że nie może nam aż tyle dać bo się zwyczajnie do auta nie zmieścimy. Przemyślała sobie szybko ten problem i nie chciała już reklamówek. Nawet się trochę rozpędziła i wyjęła z torby 2 słoiki ogórków kiszonych. Uwielbiam jej ogórki kiszone i nie wiem czemu to zrobiła. Cóż, taki mój los…
Prosto od Mamusi poszliśmy na ostatnią defiladę a tuż po niej siostra męża miała nas podrzucić do znajomych, z którymi mieliśmy wracać do domu.
Po defiladzie udaliśmy się do mojej mamy po nasze graty i ruszyliśmy w trasę. W Krakowie biliśmy grubo po 9 wieczorem i prawie od razu poszliśmy spać. Wcześniej z grubsza pochowaliśmy jedzenie do lodówki. Ja zerknęłam tylko szybko do torby z wałówką od Mamusi i upewniłam się, że zostały tam same słoiki.
Dziś rano od razu pognałam do kuchni aby napocząć Mamusiowe ogórki kiszone. Straszliwą miałam na nie ochotę. Byłam w stresie, że wszystkie z torby powyciągała. Ucieszyłam się jak zobaczyłam dwa słoiki i miałam zamiar sobie pojeść zanim wstanie mąż i będzie się chciał częstować. Moja radość nie trwała jednak długo bo jedne były popsute a drugie okazały się korniszonami. Niepocieszona napiłam się tylko kawy na śniadanie. 
Przy kawie zebrało mnie na przemyślenia. Doszłam do wniosku, że nie miałam szczęścia podczas tych świąt. Niby nie widziałam Mamusi zbyt często ale i jej ogórków kiszonych też nie widziałam. Niby mój mąż narobił przez 3 dni kilka tysięcy zdjęć a jestem tylko na czterech. Już nie wspomnę o tym, że cały czas chodziłam w jednych portkach bo na sukienki, które ze sobą zabrałam było za zimno. Mam nadzieję, że ten pech dziś już się skończył bo właśnie idę farbować włosy.

PS. Śmierć korniszonom!

piątek, 2 marca 2012

Mamusia wieje ile sił w nogach

Dziś obudziłam się koło 9 i bardzo zdziwiona zauważyłam, że w domu panuje grobowa cisza. Mąż też już nie spał i jak tylko otworzyłam oczy poprosił o poprawienie poduszki. Czekał biedak aż się obudzę bo wczoraj dość ostro został pouczony na temat korzystania ze słowa „proszę” i „dziękuję”.
Kiedy nadeszła godzina 10 oboje zaczęliśmy się zastanawiać co się dzieje z Mamusią. Mąż kazał mi iść na przeszpiegi a ja głupia oczywiście poszłam. Jak Mamusia mnie zobaczyła to od razu wyszła z pokoju i pognała do synka. Przez chwilę myślałam nawet, że się koło niego położy bo była jeszcze w piżamie ale jakoś się powstrzymała. „Tylko nóg se nie połam” pomyślałam i poszłam się ogarnąć. Kiedy wyszłam z łazienki, Mamusia już opowiadała mężowi jakiemu zabiegowi została poddana jej siostra kilkanaście lat wcześniej i jak to się w szpitalach nic nie zmienia. Ja postanowiłam się do tematu nie wtrącać i iść na zakupy.
Przez jakieś pół godziny łaziłam od warzywniaka do warzywniaka by w końcu zatrzymać się w sklepie, gdzie zawsze kupuję mięso. Kolejka była spora ale ja miałam przecież czas. Stałam sobie grzecznie gdy nagle za plecami usłyszałam: khhhhhhyyyyyy, khhhhhhhyyyyyy, kkkkkkhhhhhyyyy! Obejrzałam się do tyłu i zobaczyłam dziadziusia, który na moje oko właśnie się szykował do przejścia na tamten świat. Już widziałam oczami wyobraźni jak mu muszę robić usta-usta. Powtarzając sobie „nie brzydzę się, nie brzydzę się, nie brzydzę się”, czekałam na dalszy rozwój wydarzeń. Nagle usłyszałam przeciągłe: kkkkkhhhhhhhhhhhhhhyyyyyy i myślę sobie „koniec! Trzeba działać bo zejdzie”. Odwróciłam się do niego a dziadek na cały głos: kkkkhhhyyy la la la la laaaaa…. Okazało się, że tonacji skurczybyk szukał. Kiedyś się uczyłam śpiewać ale tak to nie wyglądało.
Kiedy stres związany z ratowaniem życia ludzkiego minął, kupiłam mięcho i skierowałam się do domu. W domu Mamusia już była wystrojona a mąż miał ciśnienie podniesione do granic możliwości. Ja zaczęłam rozkładać zakupy a Mamusia włączyła swojego laptopa i zaszyła się w drugim pokoju. Siedziała tak chyba ze dwie godziny. Śniadania nie jadła bo jej nie podałam i herbaty też nie wypiła bo jej nie powiedziałam, że to dla niej. Chciała się u nas chyba czuć jak gość ale u mnie w domu od zawsze panuje samoobsługa. Każdy o tym wie ale tylko Mamusia nie jest w stanie tego zaakceptować.
Kiedy Mamusia skończyła już zgrywać wyśmienitą internautkę, przyszła do męża pokoju i powiedziała, że ona jedzie do domu. Mnie i męża zatkało. Miała siedzieć tydzień a tu nagle się wybiera w podróż. Nie pozwoliłam jej jechać przed obiadem, na głodniaka i zaczęłam się tłuc garami w kuchni. Mąż mnie tylko co jakiś czas poganiał, żebym szybciej gotowała ten obiad. Sam oczywiście głodny nie był.
Po obiedzie faktycznie Mamusia zaczęła się pakować do drogi i po 14 już jej u nas nie było. Kiedy przed wyjściem zapytałam ją co się tak spieszy odpowiedziała tylko „a co tu będę siedzieć”. Widziałam tylko przez okno jak w podskokach pokonuje przejście dla pieszych i tory tramwajowe. Szczerze to nie wiedziałam, że ona jest jeszcze taka żwawa w nogach.
Jakiś czas po jej odjeździe zaczęliśmy się z mężem zastanawiać czemu tak szybko nas opuściła. Mąż stwierdził, że zwyczajnie nie daliśmy jej się wykazać. On nie pozwolił sobie trzymać talerza podczas jedzenia a ja nie błagałam jej o pomoc w zwykłych domowych czynnościach. I wiecie co? Mamy teraz wyrzuty sumienia.

czwartek, 1 marca 2012

Mamusia czuwa

Wczoraj wieczorem Mamusia zasnęła przed telewizorem. Nie chciałam jej budzić i znowu słuchać co ma do powiedzenia, więc po cichaczu wyłączyłam telewizor i zwiałam do siebie. Zgasiłam światło, wyłączyłam komputer i udawałam, że śpię. Zasnęłam dopiero koło północy a rano obudził mnie telefon od męża. Powiedział mi, że dostał wypis ze szpitala i już można po niego przyjechać. Najpierw popędziłam do sklepu po jakieś śniadanie dla Mamusi a później galopem na tramwaj i do szpitala. Zanim wyszłam z domu podpuściłam Mamusię, że przydało by się posprzątać zanim mąż wróci i zmienić pościel na czystą. Zabrałam rzeczy, których Mamusia wczoraj nie pozwoliła zostawić w szpitalu i jak rasowa Rumunka (z jej dużą torbą bo nasze są do niczego) pojechałam po mojego zdechlaka.
W szpitalu mąż już był prawie gotowy do wyjścia i razem poczłapaliśmy na taksówkę. Nie było łatwo się spod szpitala wydostać bo ulica była zamknięta. Kręcili jeden z „genialnych” polskich seriali detektywistycznych.
Kiedy byliśmy już pod drzwiami naszego mieszkania, ze środka wyłoniła się Mamusia i od razu mnie pogoniła żebym szybko zmieniała pościel dla męża. Wściekłam się okropnie bo przez godzinę jak mnie nie było mogła się odkleić od telewizora i ruszyć rękami w słusznej sprawie. Nie miałam wyjścia i zaczęłam latać po mieszkaniu jak głupia. W jedną stronę z pościelą, w drugą z odkurzaczem, w trzecią z pozostawianymi wszędzie przez Mamusię brudnymi szklankami, w czwartą z jarzynami na zupę, w piątą z praniem…
Nie wiem w ile stron można jeszcze biegać ale chyba dziś wykorzystałam wszystkie. Mamusia przez ten czas usiadła przy synku i czytała sobie gazetę. Od czasu do czasu zerkała na niego jak na świętą relikwię.
Podczas obiadu postanowiła nawet trzymać mu talerz a ja się tylko zastanawiałam kiedy go zacznie karmić. Mąż się wkurzył i ją ostro przegonił. Strzeliła fochem i poszła zająć się swoim talerzem.
Jak nalewałam zupę, spadła mi leżąca na blacie łyżka i od razu się dowiedziałam, że przy chorym nie można hałasować. Stare porzekadło mówi, że nie można też wkurzać tego co podaje jedzenie. A dziś operatorem chochelki byłam ja. Nie nalałam jej dużo. Głodem ją wezmę...
Po obiedzie Mamusia powróciła do czytania gazety a ja zwiałam do drugiego pokoju pozostawiając męża na pastwę losu. Miałam chwilę czasu na poukładanie rzeczy w szafie i ukojenie skołatanych nerwów. Tak mi zleciała cała godzina.
Kiedy wyszłam z pokoju, zobaczyłam, że mąż jest już taki zły, że zaraz mu szwy na brzuchu strzelą. Nie wiedziałam co zrobić z Mamusią i jak mu pomóc więc wymyśliłam, że koniecznie potrzebny jest nam syrop do rozcieńczania z wodą. Mamusia w końcu sama zalecała picie tylko wody z sokiem. Mąż stwierdził, że powinna iść do sklepu. Powiedział jej także, że on chce taki syrop z supermarketu a nie ze sklepu osiedlowego. Najbliższy tak duży sklep jest od nas oddalony o dwa przystanki tramwajowe. Mamusia poszła (bo przecież choremu się nie odmawia – co osobiście podkreśliłam ze trzy razy) i nie było jej prawie 2 godziny. Wreszcie mogłam spokojnie z własnym mężem porozmawiać i dowiedzieć się co go boli i co by dobrego zjadł. Miałam też okazję, żeby się trochę wyżalić. Przypomniało mi się też, że jeszcze nie jadłam śniadania a była już godzina 18.
Czas wolności jednak szybko minął i Mamusia powróciła z wojaży. Naznosiła do domu łakoci i zadowolona z siebie usiadła znów koło synka, tylko tym razem na krześle. Myśleliśmy, że może się wreszcie zmęczyła i pójdzie wcześniej spać. Oczywiście nie poszła, tylko zaczęła nam tłumaczyć skomplikowany zabieg medyczny jaki widziała w „Na dobre i na złe”. Kiedy opowieść dobiegała końca, Mamusia zaczęła energicznie wymachiwać rękami ponad głową. Oboje z mężem zbaranieliśmy na chwilkę ale nauczeni doświadczeniem nawet nie zapytaliśmy co Mamusia wyczynia. Mąż tylko nie mógł się powstrzymać i zapytał: „może ci włączę muzykę do tych wygibasów?”. Mamusia nie chciała ale za to bardzo chętnie nam wytłumaczyła, że ona w taki sposób spaceruje po lesie. A na nasze pytanie czemu sobie kijków do Nordic Walkingu nie przywiozła (bo już ma), odpowiedziała, że wcale to jej nie jest potrzebne. Mąż się tylko do mnie odwrócił i powiedział, że znajomy mu się żalił, że na polowaniach mu kiepsko idzie bo nie ma do czego strzelać. I stało się jasne czemu nie ma do czego strzelać i dlaczego wszystko to, do czego na polowaniu się strzela, zwiało gdzieś z lasu.
Ja osobiście muszę się przyznać, że poziom irytacji jaki osiągnęłam aż mnie dziś zadziwił. Nie wiedziałam, że ktoś może mi aż tak bardzo podziałać na nerwy. Nie poddam się jednak i będę walczyć. Może być nawet na miecze albo i lasery.